Zakończenie

Życie księdza Jerzego Popiełuszki rozpatrywaliśmy w perspektywach Bożego zbawienia. I choć nic ostatecznie pewnego o Bogu nie możemy orzec, a już szczególnie w imieniu Pana Boga nie wolno nam wydawać żadnych osądzających wyroków, niemniej... Bóg w swojej miłości wskazał na księdza Jerzego. Widocznie z niepozornych roślin wyrastają wspaniałe drzewa. Życiowe doświadczenie warszawskiego męczennika powtarza niejako sytuacje ewangeliczne. Nie było wśród uczniów Jezusa wielkich uczonych, prałatów, nie było profesorów uniwersyteckich. Byli natomiast ludzie ubodzy duchem, to znaczy tacy, którzy całe swoje życie, wszelkie problemy i nadzieje umieli przedłożyć przed sumienie własne, sumienie innych ludzi i oblicze Boga. Bo ubogi duchem to nie ten, który niczego nie ma, ale ktoś taki, kto osobiste nadzieje pokłada w Bogu miłosiernym. I ksiądz Popiełuszko był obdarzony właśnie takim darem miłosierdzia, darem współczującego wejrzenia na innego człowieka.

Oczywiście, pozostawał zwyczajnym chłopakiem, ze swoimi wadami, nieporadnościami życiowymi, ale to, gdy chodzi o ostateczne spełnienie życia, nie ma najmniejszego znaczenia. Dlatego, że w życiu liczy się ostatni szczebel osiągnięć. A tym ostatnim szczeblem osiągnięć księdza Jerzego była scalająca moc jego kapłaństwa. W tym także to, że wiele osób nawróciło się do Chrystusa, którego odkryli dzięki księdzu Popiełuszce. Nie zapominajmy, że z młodego księdza wikarego, opiekuna pielęgniarek, stał się on postacią wielką, heroiczną. Nie obawiajmy się tego faktu podkreślać. Najwybitniejsi ówcześni intelektualiści, elity humanistyczne zaczęli się odnosić do księdza Jerzego z niezwykłym szacunkiem. Szli do żoliborskiego duszpasterza jak do ojca, jak do kogoś, kto w trudnych czasach pomoże, choć wiadomo przecież było, że on niewiele mógł pomóc. Bo i cóż mógł zrobić. Mógł się modlić i umacniać odwagę.

Poeci przynosili do niego swoje wiersze, żeby zechciał włączać je do kazań. Zaraz po wygłoszeniu pierwszych homilii podczas Mszy św. za Ojczyznę - których przecież nie zapoczątkował ksiądz Popiełuszko ani ksiądz Bogucki, były one bowiem zakorzenione w polskiej tradycji od czasów popowstaniowych - słuchacze zaczęli zapamiętywać pewne ich fragmenty i przekazywać innym, jak chociażby głośne: Zło dobrem zwyciężaj.

Powstała sytuacja przejmująco atrakcyjna i ważna, w jakimś sensie dająca się porównać do sytuacji, w jakiej znalazł się Chrystus i Jego pierwsi słuchacze. Jak wiadomo, Chrystus mówił w języku aramejskim. I kiedy, obecnie, czytamy greckie wersje Ewangelii, to tam pojawiają się słowa lub nawet zdania zachowane właśnie w tym języku. To tzw. logia. Ludzie wówczas zapamiętywali pewne logia Chrystusa i one później, już po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela, weszły w tkankę narracji ewangelicznych. Podobnie zdarzyło się w przypadku kazań księdza Popiełuszki. W sytuacji bezwzględnej wojny komunizmu z Polakami, ludzie poczęli przemyśliwać pewne zdania, słowa wypowiadane przez księdza Jerzego. Nabierały one w ten sposób siły aforyzmów patriotycznych. Zaczęto je zapisywać, przekazywać z ust do ust, z serca do serca. Można więc powiedzieć, że autorem duchowym wystąpień księdza Jerzego była wspólnota żoliborska, w szerokim sensie tego słowa.

Ludzie wówczas sprzeciwiali się temu, co niósł totalitarny ustrój. Nie każdy jednak umiał ten sprzeciw wyrazić w słowach, nie każdy miał dość odwagi, by głosić to publicznie. Stąd przecież ukryte podziemne życie polskiego narodu.

Ksiądz Popiełuszko był kapłanem. Dysponował zatem możliwością wygłaszania opinii. Mówił więc to, czego głośno nie mogła wypowiedzieć wspólnota. Mówił w jej imieniu i w imieniu narodu polskiego. Z tego też powodu zdobył tak ogromny autorytet i uznanie.

Rozważanie jego przesłania dzisiaj oznacza powrót do zapoznawanych wartości ewangelicznych. Ksiądz Jerzy - mając do dyspozycji Pismo Święte, naukę Kościoła, zwłaszcza nauczanie kard. Stefana Wyszyńskiego i Ojca Świętego oraz swoją wielką religijną odwagę - próbował uratować człowieka lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przed naciskiem totalitaryzmu. A wtedy było to coś niezwykle trudnego, żeby przeciwstawiać się władzy ubogimi środkami Ewangelii. Dzisiaj raczej jest tak, że o wiele łatwiej nie godzić się na styl sprawowania rządów przez ludzi pozbawionych komunistycznych tęsknot, niż propagować czyste słowo Ewangelii. I właśnie w tym „miejscu” potrzebny jest nam ksiądz Popiełuszko, a mówiąc ściślej, jego życiowe świadectwo. Trzeba powracać do czystego słowa Ewangelii, które zawsze jest skierowane w stronę człowieka ubogiego, poszukującego pracy, człowieka skrzywdzonego poprzez sytuację dobijania się do wrót europejskiej demokracji.

Kiedy więc teraz przeglądamy teksty kazań księdza Jerzego oraz jego najróżniejsze zapiski, to wydaje się najbardziej w nich przekonujące i cenne, stanowcze opowiedzenie się za Ewangelią. Owo trwanie po stronie Boga pociągało za sobą uwypuklenie dwóch spraw, po pierwsze, że człowiek jest wolny. Został przez Boga obdarowany wolnością w taki sposób, że mógł odróżniać dobro od zła, a po drugie, aby wiedział, że nawet sprawiedliwość Boża umniejsza się wobec Bożego miłosierdzia. Ksiądz Jerzy był człowiekiem miłosiernym. Kiedy widzimy kogoś potrzebującego pomocy - współczujemy mu. Ale współczucie to nie miłosierdzie, bo miłosierdzie jest cnotą nadprzyrodzoną. To znaczy, że człowiek obdarzony miłosierdziem na wzór Boga, jakby patrzy z metafizyczne perspektywy na człowieka w ogóle. Na to, że on jest człowiekiem, a więc kimś ułomnym, słabym, narażonym na grzech. I to wyróżnia nauczanie księdza Jerzego, że on nie tylko współczuł Polakom zniewolonym przez totalitaryzm, ale do owego współczucia dodawał boską cnotę miłosierdzia.

Niech zatem ksiądz Jerzy Popiełuszko pozostaje patronem i świętym na czas nowego tysiąclecia. Patron to ktoś, kto wspiera. Wielu mu współczesnych nie rozumiało go, pozostawiając go w opuszczeniu. Zginął nie tylko za Polskę, solidarność, ale za prawdę Chrystusową, dającą autentyczną wolność. On całą mocą swej ewangelicznej odwagi wskazywał, że trzeba przezwyciężać lęk, gdyż religia chrześcijańska nie jest religią strachu, ale religią miłości. Główne zasady jego pouczeń można sprowadzić do następujących:
1. prymat człowieka w społeczeństwie;
2. potrzeba solidarności;
3. budowanie sprawiedliwości społecznej na przykazaniu miłości Boga i bliźniego, nie pomijając miłości nieprzyjaciół;
4. realizowanie etyki ludzkiej godności, skierowanej w stronę ludzkiej wolności, będącej swobodą w poszukiwaniu prawdy, dobra i piękna;
5. ostrożność wobec pokus demokracji i pokus liberalizmu;
6. determinacja w głoszeniu prawdy, która wymaga poświęceń;
7. postawa świadka - męczennika, wiodąca do umacniania Kościoła;
8. misyjność duszpasterska.

Życie i świadectwo księdza Jerzego Popiełuszki wskazuje, że czasy zmieniają się, zmieniają się kulturowe krajobrazy życia, lecz podstawowe zasady są trwałe i obowiązujące; powinności tkwiące w prawie naturalnym (sumienie), doktrynie Kościoła i Tradycji.

Składając rozbite lustro życia musimy o tym pamiętać i podejmować trud nieustannego powrotu na ewangeliczne ścieżki istnienia. Tylko wówczas zasłużymy na dary wolności i miłości.

Chwyta za klamkę, szarpie, ale P. jest szybszy. Mocne uderzenie kolbą w nasadę szyi tuż nad obojczykiem. Ciało w swetrze osuwa się na tylne siedzenie. Różowa ślina, kilka pęcherzyków wypływa z ust. Wóz przyśpiesza, za oknem przelatują pnie sosen, szosa jest pusta.
Teraz już można zając się księdzem. Wóz skręca w przesiekę. Seledynowe światła przelatują wśród gałęzi. O szybę uderza sczerniała kiść przemarzniętych jarzębin. Za drzewami szkliste wiry Wisły. Chmury niskie, ciemne. Dwa ciała związane drutem zapadają się w grząskie dno parę kroków od brzegu. Głowy w czarnym mule. Woda chlupocze sennie w trzcinach. Ptak zrywa się z gałęzi. Trzeba wytrzeć ręce z błota...
O zmierzchu samochód dojeżdża do Warszawy. Widać już czerwone światła iglicy. Niebo spokojne, czarne(Stefan Chwin, Krystyna Lars, z tomu „Wspólna kąpiel”, Gdańsk 2001)

za: Ks. Jan Sochoń, Rekolekcje z Księdzem Jerzym, Wyd. M, Kraków 2001.

Dzień 15 - Męczeństwo

Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy. Ale chrześcijanin musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie się upominać dla siebie i dla innych (Kazanie z 27 maja 1984 r.).

Współczesny człowiek jest coraz mniej skłonny do męczeństwa w imię Chrystusa, w imię prawdy. W XX wieku było wprawdzie wielu męczenników, w XXI nie zanosi się na to, by ludzie chcieli umierać za prawdę.

Jezus nikogo nie zachęca do męczeństwa, ale zapewne pragnie, abyśmy uwierzyli, że żyjemy w odkupionym świecie, gdzie istnieją szanse czynienia dobra, a unikania zła. On chce, byśmy stawali się świadkami, co też oznacza możliwość przyjmowania zawsze możliwego cierpienia czy bólu. Lecz nade wszystko wskazuje na potrzebę wierności, wierności Bożemu słowu. W tym sensie do męczeństwa wezwany jest każdy chrześcijanin, choć nie każdy godzi się na takiego rodzaju religijne zachęty.

Pozostaje bowiem faktem, że dzisiaj wielu ludzi znalazło się w stanie przedziwnej obojętności religijnej. Przypuszczam nawet, że obecnie nie spotyka się nazbyt wielu ludzi, których można by nazwać ateistami. Dla większości z nich kwestie wiary, religijności po prostu nie mają większego znaczenia. A jeśli przyjmują, że Bóg istnieje, to wówczas traktują Go raczej jako - tak nazwę - przeszkodę egzystencjalną, jakiś niepotrzebny, niewygodny ciężar. Rozpanoszył się współcześnie swoisty „ateizm obojętności i roztargnienia”.

Źródła tego zjawiska są złożone. Mają one charakter filozoficzny, ale i egzystencjalny. Zwracam uwagę na te ostatnie. Człowiek trzeciego tysiąclecia nie potrafi radzić sobie z plagami życia. Jednym z największych problemów bywa (teraz w stopniu bardziej niż kiedyś widocznym) cierpienie, tak ciążące, że ludzie muszą - wskazywał na to już w XIII w. św. Tomasz z Akwinu - podważać istnienie dobrego Boga.

W nadchodzącym czasie wiele będzie zależeć od tego, czy potrafimy umniejszać cierpienie, albo przynajmniej zachęcać ludzi, aby w nim zechcieli dostrzegać coś więcej niż skandal albo bezsensowny ból. Zapewne w trzecim tysiącleciu zgnębieni bezsensem ludzie będą szukać prawdy przede wszystkim w dziedzinie religii.

Ksiądz Popiełuszko był o tym zawsze najgłębiej przekonany. Doskonale rozumiał tych, którzy odchodzą od Boga z powodu cierpienia. Odchodzą jednak donikąd, bo cierpienia nie wytłumaczy im żadna filozofia, żadna wersja psychologicznej perswazji, wreszcie żadna sztuka. Człowiek, który zaufał Bogu, musi umacniać w sobie przekonanie, że drogi jakie mu Bóg proponuje są drogami wiodącymi ostatecznie do szczęścia. Bóg nie jest żadnym bożkiem, platońską ideą czy sekciarskim eonem, ale Bogiem żywy, obdarzającym łaską, przebaczeniem i życiem wiecznym.

Mówmy jednakże o męczeństwie jako kategorii filozoficznej. Filozofię bowiem od jej greckich początków uważano i rozpoznawano za pomocą określeń „sposób bycia”, „duchowe ćwiczenie”, „przygotowanie się do śmierci”, „upodobnienie do Boga”. Już wówczas uznawano ją za przewodniczkę życia, a filozofów za duchowych kierowników, by użyć współczesnych nazw. Nic zatem zdumiewającego, że niektórzy (na przykład Dariusz Karłowicz w pracy „Arcyparadoks śmierci”, Kraków 2000) wiążąc porządek filozoficzny z problemem męczeństwa starają się zrozumieć, jakie racje filozoficzne zdolne były uczynić świadectwo śmierci intersubiektywnym argumentem przemawiającym za prawdziwością Objawienia”. Jego zdaniem, chrześcijańską postawę w obliczu śmierci warto uznawać za urzeczywistnienie niezrealizowanych ambicji filozofii. Wtedy będzie można pośrednio dowodzić prawdziwości objawionej nauki Chrystusa.

Tak oto badacz dodał do historycznie sformułowanych przez św. Tomasza z Akwinu dróg prowadzących do konieczności Bożego istnienia, kolejną drogę. Wypada nazwać ją drogą z wiarygodności męczeństwa. Potwierdzałaby ona przekonanie o istnieniu szansy zniesienia rozdziału pomiędzy religijnym a filozoficznym uzasadnieniem Bożej obecności, poprzez wskazanie na Jezusa Chrystusa, scalającego swą bosko-ludzką naturą przywołane sfery dowodowe.

Dlatego istotną kwestią jest uchwycenie związków bądź rozbieżności pomiędzy filozofią a chrześcijaństwem. Sprawa historycznie jest skomplikowana. Wystarczy przypomnieć, że greckie i semickie sposoby myślenia z trudem zbliżały się do siebie. Wielu myślicieli potępiało filozofię antyczną, inni zaś próbowali przejmować z niej to, co zdawało się stanowić dogodne narzędzie rozjaśniające rodzącą się i umacniającą doktrynę wiary. Żydzi, a po nich chrześcijanie, z niejakim trudem przyjmowali greckie pojęcia filozoficzne, choć nie mogli zupełnie ich ignorować. W każdym razie pojawiły się, już w czasach rozwiniętej filozofii helleńskiej, próby zbliżania Aten, Jerozolimy i Rzymu, a Filon z Aleksandrii łączył judaizm z filozofią grecką, dokładnie mówiąc: naukę biblijną ze stoicyzmem i platonizmem. Trzeba ostatecznie przyznać, że decyzja chrześcijaństwa o akceptacji i włączeniu we własny obszar kultury antycznej (pogańskiej) w połowie II wieku, stała się wydarzeniem bez precedensu w historii Europy. Sprawiła, że chrześcijaństwo mogło rozszerzać się i wypełniać swą misję ewangelizacyjną. Gdyby stało się inaczej, żylibyśmy teraz w całkowicie odmiennych krajobrazach społecznych i światopoglądowych.

Dlatego rozważamy propozycje św. Pawła i jego sławną mowę wygłoszoną wobec zgromadzonych na Areopagu filozofów, w konkluzji zauważając, że w rozumieniu Apostoła Narodów „właściwie rozumiane poznanie jest nie tylko intelektualnym aktem odkrywającym w Bogu Stwórcę i Pana wszechrzeczy, ale również uznaniem i poddaniem się Bogu”. Chrześcijaństwo może więc zostać określone jako filozofia urzeczywistniona, gdyż reagowało na filozofię antyczną definiowaną jako metoda pełnej konwersji bytu i poznania, duchowego rozwoju, prowadzącego do przemiany życia. W tak wyznaczonej perspektywie pojawia się pojęcie świadectwa i męczeństwa, przedstawiane nie tylko w tekstach biblijnych, dialogach Platona czy pismach Lukiana z Samosaty, ale również w aktach męczenników. Religię chrześcijańską i filozofię widzimy jako wydarzenia ufundowane na świadectwie życia. Przypominamy, że słowo „męczennik” przejęte z języka prawniczego będzie, po wielu pojęciowych historycznych perturbacjach, oznaczać świadka, pierwotnie świadka słowa, lecz ostatecznie kogoś, kto poświęca życie za Chrystusa.

Tego rodzaju postępowanie potwierdza pewien określony stan rzeczy, w tym rzeczywistość odnoszącą się do Bożego istnienia. Zarówno bowiem grecki mędrzec, jak i chrześcijański męczennik dążą usilnie do doskonałości. Ten pierwszy zatrzymuje się jednak na progu stanowionym przez rozsądek, określone rozpoznanie intelektualne, męczennik natomiast idzie zdecydowanie dalej. Zdarzało się nawet, że wykształceni Rzymianie, na przykład Apoloniusz, być może senator rzymski z II wieku ścięty za Chrystusa, mówiąc o wierze powoływali się na wzorce filozoficzne, co mogłoby świadczyć, że męczeństwo wyrasta także z etosu greckiego oraz jest próbą zasypania przepaści pomiędzy poznaniem a czynem, zainicjowanej zapewne już w czasach Sokratesa.

Przy tym wszystkim jednakże męczeństwo pozostawało dawnej - i wciąż pozostaje - czymś kontrowersyjnym. Bo historycy wskazują na zjawisko męczenników z pragnienia sławy, albo sugerują się, że często zachowywali się oni jak ludzie „pozbawieni rozumu”. Wielu z nich zdobywało się na okrzyk: „Chcę umrzeć, gdyż jestem chrześcijaninem”. Niekiedy całe chrześcijańskie grupy zgłaszały się na męczeństwo. Pojawił się zatem problem wiążący się z kwestią ustalenia, gdzie mamy do czynienia z męczeństwem, a gdzie po prostu z samobójstwem, albo kwestią tzw. upadłych czy zagadnieniem ucieczki przed męczeństwem.