Rozmywanie prawdy

19 października będziemy obchodzić 42. rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. W sprawie, która zmieniła bieg historii Polski, wiele kwestii nie wyjaśniono. Nie wskazano na wszystkich odpowiedzialnych za tę zbrodnię. Złożyło się na to wiele przyczyn. Postaram się wskazać na niektóre z nich.

Już 21 października 1984 r., a więc dwa dni po porwaniu księdza, minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak powołał specjalną grupę, której zadaniem było zbadanie sprawy uprowadzenia. Kierownikiem grupy został gen. Zenon Płatek, dyrektor Departamentu IV MSW, zwierzchnik zarówno bezpośrednich morderców, jak i skazanego później w procesie toruńskim ich przełożonego płk. Adama Pietruszki. Dawało to funkcjonariuszom bezpieki, którzy dokonali mordu, możliwość kluczenia i mataczenia w wielu najważniejszych kwestiach. Niemniej istotną kwestią dla rozmycia prawdy był przebieg procesu zabójców księdza, który się toczył przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. Na żadnym etapie postępowania nie był on obiektywny ani suwerenny, lecz realizował wskazówki i wytyczne udzielane sądowi przez specjalny zespół, powołany przez gen. Kiszczaka, na czele którego stanął szef biura śledczego MSW i zaufany współpracownik ministra płk Zbigniew Pudysz. Jak to opisał Piotr Litka w artykule "Zabezpieczenie procesu toruńskiego. Kulisy - przebieg - konsekwencje", który ukaże się niebawem w publikacji IPN pt. "Reminiscencje śmierci ks. Jerzego Popiełuszki", do jego zadań należało przede wszystkim "zapewnienie niezakłóconego przebiegu procesu i bezpieczeństwa jego uczestników, zwłaszcza oskarżonych i świadków". Ten zespół odpowiadał także za stałą łączność przewodową i radiową pomiędzy sądem a Wojewódzkim Urzędem Spraw Wewnętrznych w Toruniu oraz budynkiem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie.

Jak ustalił Litka, już 19 listopada 1984 r., a więc kiedy trwały jeszcze przesłuchania podejrzanych funkcjonariuszy i świadków, na trzy tygodnie przed oficjalnym zakończeniem śledztwa, gen. Kiszczak spotkał się z abp. Bronisławem Dąbrowskim i ks. Alojzym Orszulikiem i przedstawił im szkic scenariusza mającego dopiero odbyć się procesu oraz poinformował, że zostanie on zawężony tylko do sprawy zabójstwa księdza. Strona kościelna, jak się wydaje, przyjęła to do wiadomości. Gen. Kiszczak przewidział także, że główny oskarżony w tym procesie otrzyma wyrok 25 lat więzienia.

Proces przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu, który toczył się od 27 grudnia 1984 do 7 lutego 1985 r. nie odpowiedział na szereg zasadniczych pytań dotyczących przebiegu wydarzeń, które doprowadziły do porwania i zamordowania ks. Popiełuszki. Na ławie oskarżonych znaleźli się tylko funkcjonariusze Departamentu IV MSW, odpowiedzialni za walkę z Kościołem: naczelnik wydziału w tym departamencie kpt. SB Grzegorz Piotrowski, jego podwładni - por. Leszek Pękala i por. Waldemar Chmielewski oraz wiceszef Departamentu IV płk Adam Pietruszka (pod zarzutem podżegania do zbrodni). Chciałbym zwrócić uwagę na trzy istotne kwestie, które w tym procesie nie zostały podjęte albo wyjaśnione.

"Góra", czyli kto?

Mimo że na procesie pojawiły się okoliczności, które mogły wskazywać na odpowiedzialność szefa Departamentu IV gen. Zenon Płatka oraz szefa SB i wiceministra spraw wewnętrznych gen. Władysława Ciastonia, sąd w Toruniu nie podjął tego wątku. Tymczasem z zeznań Pietruszki wynikało, że gen. Płatek miał mu polecić działania dotyczące samochodu, którym 19 października 1984 r. posługiwali się trzej funkcjonariusze odpowiedzialni za uprowadzenie i zamordowanie księdza. Chodziło o to, aby śledczych nie doprowadzić do funkcjonariuszy Departamentu IV. Ten istotny wątek w procesie toruńskim w ogóle się nie pojawił. Wcześniej gen. Płatek odbierał od Piotrowskiego i Pietruszki meldunki na temat działań realizowanych przez resort przeciwko Popiełuszce. W Toruniu gen. Płatek zeznawał tylko w charakterze świadka. W ogóle nie przesłuchano szefa Służby Bezpieczeństwa gen. Władysława Ciastonia, który ponosił bezpośrednią odpowiedzialność za wszytko, co działo się w tej jednostce. Jednak w czasie śledztwa i procesu pojawiały się wypowiedzi oskarżonych sugerujące, że akcja przeciwko Popiełuszce nie była wyłącznie inicjatywą Piotrowskiego, ale miała akceptację, jak to określali, "z góry". Jednak podczas przesłuchiwania przez sąd nie podtrzymali tej wersji. Pękala wycofał się ze stwierdzenia, żę o wszystkim wiedział wiceminister MSW. Chmielewski określił swoje wcześniejsze informacje o "górze" jako domysły. Piotrowski stwierdził, że przez "górę" należy rozumieć Pietruszkę, choć wcześniej "myślał inaczej". Dopiero w 1990 r. obu generałów aresztowano pod zarzutem podżegania do zabójstwa. Proces sądowy nie zdołał tego udowodnić. W 1994 roku Sądu Wojewódzki w Warszawie niejednomyślnie uniewinnił obu generałów. W 1996 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zwrócił sprawę sądowi I instancji. Cztery lata później proces Płatka zawieszono, na wokandę zaś wróciła sprawa Ciastonia, którego z braku dowodów winy w 2002 roku ponownie uniewinniono.

Kto jechał w pomarańczowym fiacie?

Jedną z ważniejszych kwestii, której nie podjęto na żadnej z rozpraw w Toruniu, była informacja o tym, że godzinę przed przyjazdem samochodu z esbekami i księdzem Jerzym w bagażniku na tamie we Włocławku pojawił się inny Fiat 125p koloru pomarańczowego. Ekipa Piotrowskiego przyjechała tam przed 24.00. Ich samochód był koloru szarego. Piotrowski, widząc milicyjny patrol, przyłożył do przedniej szyby samochodu od strony pasażera przepustkę "RP. Był to dokument, który zwalniał pojazd z kontroli drogowej. Samochód porywaczy minął patrol drogówki i wjechał na tamę. Godzinę wcześniej, jak zeznał milicjant Andrzej Galczak, w okolicach tamy pojawił się jednak inny samochód ze stołeczną rejestracją, był to Fiat 125p w kolorze pomarańczowym. Na widok patrolu drogówki kierowca zatrzymał auto, wysiadł i z bagażnika wyjął przepustkę "R", okazując ją Galczakowi. W pomarańczowym fiacie, poza kierowcą, podróżowało jeszcze trzech mężczyzn. Kim byli, nie wiemy.

Piotr Litka, który badał tę sprawę, w rozmowie z "Gościem" zwraca uwagę, że na procesie toruńskim nie przesłuchano funkcjonariuszy drogówki, chociaż w śledztwie złożyli bardzo obszerne zeznania. Do tych protokołów są dołączone nawet rysunki, jak wyglądała ta sytuacja na tamie, gdzie stali, pokazujące tor jazdy samochodów pomarańczowego i tego z ekipą Piotrowskiego. Co więcej, już na etapie śledztwa zdecydowano, że ci świadkowie nie będą przesłuchiwani, gdyż ich zeznania miały być tylko do odczytania w sądzie.

Dokąd poszedł pies tropiący?

Milicjant Roman Nowak, opiekun psa tropiącego, który badał miejsce porwania księdza kilkadziesiąt minut po tym wydarzeniu, sporządził z tej czynności notatkę. Wynika z niej, że pies poszedł tropem księdza w kierunku bocznej drogi prowadzącej do wioski Górsk. Trop urywał się po około 200 metrach. - Z sierżantem Nowakiem rozmawiałem osobiście - wspomna Litka. Potwierdził, co wówczas się wydarzyło. - On dwukrotnie podejmował tę próbę. Te 200 metrów, to idąc od krzyża - dziś pomnika postawionego w miejscu uprowadzenia) po prawej stronie poboczem szosy, dochodzimy do istniejącej nadal drogi w kierunku Górska. I tam ślad się urywał. Więc hipoteza, że tam wsadzono księdza do innego samochodu, jest prawdopodobna. Natomiast zupełnie nie rozpoznano tego wątku w procesie toruńskim - dodaje. Nie zrobiono żadnych zdjęć, oględzin śladów opon, które powinny bym w tym miejscu.

Nowak sporządził z tym czynności jednostronicową notatkę i mamy też eksperyment na taśmie filmowej, wykonany w drugim śledztwie przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego. - On po 20 latach zrobił wizję lokalną z Nowakiem, który przeszedł tę trasę, pokazał, jak pies zawęszył, którą drogą poszedł i gdzie trop księdza został zgubiony - wyjaśnia Litka. - Ten materiał był publikowany już dwie dekady temu. To świadectwo rozbija narrację porywaczy oraz jedynego świadka, czyli Waldemara Chrostowskiego. Oni wszyscy opowiadali, że ksiądz po wyjściu z samochodu został doprowadzony do samochodu porywaczy, który stał tuż za samochodem księdza. Czyli mówią o przeciwnej drodze niż ta, którą wskazywał pies tropiący. I to powoduje, że ten znak zapytania, wynikający z prostego eksperymentu kryminalistycznego, jest taki duży - przekonuje Litka.

Co można jeszcze zrobić?

Pytany o to, co jeszcze dzisiaj w tej sprawie można zrobić, Litka wskazuje na uporządkowanie kwestii związanych z wyłowieniem zwłok księdza. Podkreśla, że żyje jeszcze wielu świadków tamtych wydarzeń. - Istnieje, nieobecna w aktach śledztwa, tego pierwszego z 1984 roku i w aktach procesu toruńskiego, dokumentacja fotograficzna z poszukiwań zwłok księdza. Dokładna analiza zdjęć, relacji i dokumentów być może doprowadzi do uporządkowania i precyzyjnego opisania sekwencji zdarzeń, które miały miejsce na tamie włocławskiej miedzy 26 a 30 października 1984 r. Jest możliwość, aby ostatecznie ustalić, kto w nich brał udział? Kto wyławiał księdza? Kto znalazł zwłoki? Wszystko to powinno pomóc uporządkować chaos, jaki obecnie panuje, jeśli chodzi o tę czynność, bardzo ważną z punktu widzenia kryminalistycznego - przekonuje Litka.

Źródło: A. Grajewski, Rozmywanie prawdy, w: Gość Niedzielny nr 42/18.10.2026, s. 46-47.

Służba i wolność

Wypowiadane przez bł. ks. Jerzego Popiełuszkę słowa "Służąc, staje się wolnym", przyświecać będą tegorocznym obchodom 42. rocznicy jego porwania i męczeńskiej śmierci. Kapelan "Solidarności", obrońca wiary i ładu moralnego w Ojczyźnie, został zamordowany przez agentów komunistycznej bezpieki.

Główne uroczystości odbędą się 19 października o godz. 18.00 w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Mszy św. przewodniczyć będzie ks. abp Adrian Galbas, metropolita warszawski. W uroczystości tradycyjnie wezmą udział rodzina ks. Jerzego, wysocy rangą przedstawiciele administracji państwowej oraz liczne poczty sztandarowe "Solidarności" wraz z władzami związku. Na zakończenie obchodów o godz. 20.30 w kościele odbędzie się młodzieżowe czuwanie modlitewne.

- Ksiądz Jerzy Popiełuszko nie tylko mówił o Polsce, ale przede wszystkim jej służył. Była to służba ewangeliczna niesiona aż do ofiary z życia. Pokazał w ten sposób, na czym polega wolność od nienawiści. Takiej wolności bardzo nam dziś potrzeba - podkreśla ks. Karol Oparcik, kustosz sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki. 

Tegoroczne obchody rocznicowe ku czci męczennika komunizmu zainauguruje już w najbliższy piątek, 16 października, koncert charytatywny w warszawskim kościele pw. św. Stanisława Kostki. Wydarzenie, które odbędzie się w 48. rocznicę wyboru św. Jana Pawła II, połączy osobę bł. ks. Jerzego Popiełuszki i Papieża Polaka. Ojciec Święty wspierał ks. Popiełuszkę w jego posłudze, a po męczeńskiej śmierci dał impuls do jego beatyfikacji. W koncercie wezmą udział gwiazdy scen polskich. Będzie można usłyszeć słowa św. Jana Pawła II i bł. ks. Jerzego.

Z kolei na najbliższą niedzielę, 18 października, zaplanowano rodzinną grę miejską. Jej uczestnicy odbędą podróż szlakiem miejsc związanych z ks. Popiełuszką, który przeżył w Warszawie najważniejsze lata swojego życia. Zwycięzcy otrzymają repliki metalowego orzełka - ks. Popiełuszko nosił go wpiętego w sutannę - oraz pamiątki przygotowane przez IPN. Aby wziąć udział w wydarzeniu, należy się zarejestrować na stronie internetowej organizatora: www.popieluszki.net.pl, do 15 października.

Dzień porwania bł. ks. Jerzego Popiełuszki, 19 października, ustanowiony został jako doroczny Narodowy Dzień Duchownych Niezłomnych. Beatyfikacja męczennika w 2010 r. była dowodem trwałej siły jego kultu. Jego grób przy sanktuarium na warszawskim Żoliborzu odwiedziły do dziś ponad 23 miliony osób.

Źródło: SJ, Służba i wolność, w: Nasz Dziennik nr 239/14.10.2026, s. 10.

Czy ks. Jerzy zostanie idolem młodych?

W niezwykle trudnych i opresyjnych dla Polaków czasach głosił słowa nadziei i pokrzepienia. 19 października przypada 42. rocznica śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Jako młody dziennikarz 15 kwietnia 1978 r. byłem świadkiem uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod kościół Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Aktu tego dokonał prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, który był inicjatorem wzniesienia tej świątyni. Miała ona, wedle zamysłu księdza prymasa, upamiętniać "wszystkich bezimiennych Polaków, którzy oddali swoje życie za wiarę i ojczyznę, a nie zostali wyniesieni na ołtarze". Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że 6 lat później z tego kościoła wyruszy w ostatnią drogę ks. Jerzy Popiełuszko, który powiększy grono świętych polskich męczenników.

Na swoim obrazku prymicyjnych wypisał słowa: "Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc". Kiedy patrzymy na życie błogosławionego, dostrzegamy zdumiewającą zgodność tych słów z tym, co w jego życiu kapłańskim się urzeczywistniło. Ksiądz Popiełuszko był tym, który w niezwykle trudnych i opresyjnych dla zdecydowanej większości Polaków czasach głosił słowa nadziei i pokrzepienia. Naprawdę "leczył rany zbolałych serc" słowem Ewangelii, czerpiąc obficie z nauczania swoich mistrzów duchowych: kard. Stefana Wyszyńskiego i papieża Jana Pawła II.

Wzbić się jak orzeł

Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, był już kapelanem Solidarności, niezwykle popularnym wśród robotników. "Ot, taki chłopaczek" - pomyślałem o nim wówczas, bo był niepozorny, drobny i wyglądał bardzo młodo. Działo się to 4 marca 1981 r., podczas bodaj pierwszej w PRL-u wizyty biskupa w sztandarowym zakładzie pracy socjalistycznej, którym była Huta Warszawa. Wizytę tę zorganizował ks. Popiełuszko z pomocą zakładowej Solidarności, a wspomnianym hierarchą był biskup pomocniczy warszawski Zbigniew Kraszewski. Widziałem na własne oczy, jakim szacunkiem, zaufaniem i sympatią darzyli swego kapelana hutnicy. Dla nich ks. Jerzy to był "swój człowiek".

Niedługo potem stał się sławny na całą Polskę, a było o nim głośno także za granicą. Wraz z ogromną rzeszą rodaków w obserwowałem zjawisko, które na swój użytek nazwałem "fenomenem czasu Polski Ludowej". Od lutego 1982 r., kiedy zaczął odprawiać Msze św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, "rosły mu skrzydła", wzbijał się coraz wyżej i wyżej niczym orzeł. Można było do niego odnieść słowa, które wypowiedział prymas Wyszyński do młodzieży: "Musicie mieć w sobie coś z orłów! - serce orle i wzrok orli ku przyszłości. Musicie ducha hartować i wznosić, aby móc jak orły przelatywać nad graniami w przyszłość naszej ojczyzny. Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie - orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko".

Wielu znajomych ks. Jerzego nie kryło zdziwienia, że ten przeciętnie uzdolniony kapłan, który nie wyróżniał się wynikami w nauce ani w szkole, ani w seminarium, stał się nie tylko autorytetem dla robotników i personelu medycznego, którego był duszpasterzem, ale także przewodnikiem duchowym dla elity intelektualnej i kulturalnej, również dla tych, którzy nie podzielali wiry. Wybitni twórcy, luminarze kultury, zapewniali oprawę artystyczną liturgii sprawowanych przez ks. Jerzego.

Ujął ich prostotą, autentycznością, otwartością i empatią okazywaną prześladowanym przez władze komunistyczne oraz wszelkim potrzebującym pomocy. Nie pytał nikogo o metrykę chrztu, łączył wierzących i niewierzących, ludzi o poglądach radykalnych i o skłonnościach koncyliacyjnych. Dla wszystkich stworzył przestrzeń wolności, w której w otwarty sposób mówiło się o łamaniu praw człowieka i konieczności respektowania ludzkiej godności. Te hasła były zbieżne z etosem polskiego inteligenta, niekoniecznie związanego z Kościołem.

Kto zdobyły się na taki gest

Od samego początku imponował niemal wszystkim Polakom odwagą. Nie wycofał się ze swojej działalności, mimo że był zastraszany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, niemiłosiernie hejtowany przez komunistyczną propagandę na czele z ówczesnym rzecznikiem rządu.

Z życia ks. Jerzego zapamiętałem wiele obrazów, które więcej mówią o nim niż mądra publicystyka. Oto dwa z nich.

Od 24 listopada 1981 r. Warszawa żyła strajkiem w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa na Żoliborzu. Studenci protestowali przeciwko decyzji o podporządkowaniu uczelni przepisom o szkolnictwie wojskowym. Było groźnie. Dwa szpalery milicji otaczały szkołę, nad którą krążył helikopter. Nie można było blisko podejść, aby zbliżyć się do strajkujących. Pamiętam to dobrze, bo stałem wówczas przed szkołą wśród kilkutysięcznego tłumu Warszawiaków. Nie mieliśmy pojęcia, że wewnątrz kierownictwo uczelni próbowało szantażem i groźbami złamać opór strajkujących. Ulegli tylko nieliczni. Wspierał ich ks. Popiełuszko, który wysłuchiwał spowiedzi i odprawiał Msze św. w auli uczelnianej. Jak dostawał się do środka? Studenci wciągali go przez okno. Kres strajkowi położyło 2 grudnia wejście oddziałów ZOMO.

Niedługo potem Polacy przeżywali pierwsze Boże Narodzenie stanu wojennego, zaledwie 11 dni po ogłoszeniu "wojny Jaruzelskiej", w którą komuniści wprzęgli wszelkie siły porządkowe, w tym wojsko. Ludzie traktowali żołnierzy wrogo, choć wiedzieli, że wielu z nich musiało wykonywać rozkazy wbrew sobie, ksiądz Jerzy spędził Wigilię z księżmi oraz grupą starszych i samotnych parafian. Nagle wstał od stołu, wziął garść opłatków, wyszedł na zewnątrz - do "wrogów", żołnierzy grzejących się przy koksownikach. Las rąk wyciągnął się ku niemu powigilijny opłatek. Niektórzy mieli łzy w oczach. "Kogo z nas stać byłoby na taki gest?" - pytał kolegów kapłanów ks. Marcin Wójtowicz, wówczas wikariusz w parafii św. Stanisława Kostki i kolega ks. Jerzego.

Więcej ks. Jerzego!

Przypadająca w przyszłym roku 80. rocznica urodzin kapelana Solidarności jest dobrą okazją, aby postać ks. Jerzego przybliżyć młodzieży. Nie znaczy to, że nic w tym kierunku się nie robi. Świetnie działa Muzeum jego imienia w Warszawie, które w tym roku już po raz 6. zorganizowało Ogólnopolską Szkołę Letnią ks. Jerzego dla uczniów i nauczycieli szkół średnich. Chodzi o to, aby ruszyć "szerokim frontem", co wymaga wysiłku duszpasterzy. Ksiądz Jerzy powinien stać się w jeszcze większym stopniu bohaterem katechez, kazań, dyskusji na forach młodzieżowych. Ma wielki potencjał, żeby zostać idolem polskiej młodzieży, jeśli będziemy umieli ukazać go jako szlachetnego, odważnego wodza, prowadzącego do walki duchowej ze złem - z niesprawiedliwością, zakłamaniem, nieuczciwością, hipokryzją, czego tak nie znoszą młodzi.

Pozostanie także punktem odniesienia dla wszystkich Polaków. Czy wciąż są aktualne ostatnie słowa ks. Jerzego wygłoszone publicznie przed śmiercią we wspominanym kościele Świętych Polskich Braci Męczenników: "Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy"? Należy je traktować jako testament niezłomnego kapłana.

Źródło: G. Polak, Czy ks. Jerzy zostanie idolem młodych?, w: Niedziela nr 47/18.10.2026, s. 32-33.

Jak być wolnym?

O tym, co kształtowało duchową sylwetkę bł. ks. Jerzego Popiełuszki, jego autentyzmie wiary i życiu na sto procent Ewangelią, z ks. Karolem Oparcikiem rozmawia Łukasz Krzysztofka.

Łukasz Krzysztofka: Obchodom 42. rocznicy męczeńskiej śmierci bł. Jerzego Popiełuszki towarzyszyć będzie hasło: "Służąc staję się wolnym". Czym było wolność dla ks. Jerzego?

.. Ks. Karol Oparcik: Wolność dla ks. Jerzego to było przede wszystkim życie w Prawdzie, czyli w oparciu o samego Boga, o Jego Ewangelię. Całe jego posługiwanie i życie były z tym związane, by żyć Ewangelią na sto procent. Życie w wolności łączyło się z tym, że było zakorzenione mocno w przykazaniu miłości Boga i drugiego człowieka. Tak jak ks. Jerzy był wierny Bogu aż do męczeńskiej śmierci, tak samo był wierny człowiekowi, czyli szukał tego, który jest w potrzebie, wyciągał do niego rękę, pomagał mu nie tylko od tej strony duchowej - "księżowskiej", ale też od strony materialnej.

Co było cechą charakterystyczną kapłaństwa bł. Jerzego?

.. Z jednej strony była to Eucharystia, z której czerpał codziennie siły do znoszenia prześladowań, różnego rodzaju oszczerstw, pilnowania przez służbę bezpieczeństwa. On siłę czerpał właśnie ze stołu Słowa Bożego i ze stołu Eucharystii, to było w centrum jego życia. A z drugiej strony umacniało go spotkanie z drugim człowiekiem. Praktycznie drzwi jego mieszkania na plebanii na Żoliborzu nie zamykały się. Ciągle ktoś przychodził, szukał pomocy, czasami pocieszenia. Może to się wydawać oczywiste, bo w życiu katolika Msza św. powinna być na pierwszym miejscu, a tym bardziej w życiu kapłana, ale ks. Jerzy starał się na serio traktować to, w czym uczestniczył i co zostało mu udzielone w sakramencie kapłaństwa przez ręce bł. Stefana Wyszyńskiego.

W jaki sposób ks. Jerzy odprawiał Mszę św.?

.. W wielkim skupieniu i wyciszeniu. W czasie Mszy św. za Ojczyznę, pomimo rozbiegania, czasami zamieszania przed liturgią, bo byli aktorzy, tłumy zjeżdżały z Warszawy, ale i z całej Polski, zawsze na kilka minut przed rozpoczęciem Eucharystii prosił o wyciszenie i sam się też wyciszał. O ile ks. Jerzy był skromny i pokorny, czasami wręcz nieśmiały, to kiedy wychodził do prezbiterium, do Mszy św., stawał się jakby innym człowiekiem, pełnym odwagi i mocy Ducha Świętego. Słowo, które wypowiadał oparte na Ewangelii, nauczaniu Jana Pawła II, Stefana Wyszyńskiego, niosło wielu ludziom nadzieję. Szczególny był pewien moment, kiedy ks. Jerzy udzielał Komunii św., to była jesień, tłumy stały przed kościołem św. Stanisława Kostki i on wyszedł na zewnątrz. W którymś momencie komunikant upadł na ziemię. W normalnej procedurze kościelnej w takiej sytuacji Ciało Pańskie odnosi się do specjalnego naczynia z wodą, zwanego vasculum. A ks. Jerzy podniósł z błota Najświętszy Sakrament i Go spożył. Dla ludzi, którzy widzieli tę sytuację, bardzo mocno zapadło to w pamięć. Chrystus obecny w Najświętszym Sakramencie nie tylko jest realny, prawdziwy i należy Mu się najwyższy szacunek, ale to w Nim jest prawdziwa siła i moc.