Rodzinne DNA księdza Jerzego

To dzięki matce i ojcu wiara w Boga stanowiła dla ks. Jerzego taki dar, za który nie zawahał się oddać życia.

Dorastał w maleńkiej wsi Okopy na Podlasiu, położonej niedaleko Suchowoli, która stanowi geograficzny środek Europy. Dom rodzinny Popiełuszków - przy samej szosie, na tzw. ulicówce - niczym się nie wyróżniał. Tak jak u sąsiadów, wchodziło się do niego przez sień, w której gospodarze zwykle przelewali mleko do bańki.

Rodzina ks. Popiełuszki także była zwyczajna. I wbrew pozorom - nieideal-na. Ton nadawała matka, która miała silną osobowość, umiała być apodyktyczna i ostra, wiedziała, czego chce w życiu i jak ma wychowywać dzieci (Jadwisia zmarła w wieku dwóch lat, pozostała trójka rodzeństwa ks. Jerzego żyje do dziś). Chociaż trzeba przyznać, że wszelkie decyzje i działania Marianna Popiełuszko podejmowała razem z mężem Władysławem. On jednak, jak trafnie ujął to krewny ks. Jerzego - Marek Popiełuszko - „był mniej medialny”, nie lubił zabierać publicznie głosu. Właśnie dlatego „głośniej” było zawsze o matce błogosławionego niż o jego ojcu (ona zresztą o wiele dłużej żyła). Pewne jest jednak, że oboje wywarli ogromny wpływ na syna. W jaki sposób kształtowali jego osobowość?

„CO WIDZIAŁ W DOMU, TO SAM ROBIŁ”

Marek Popiełuszko wspomina: - Tata ks. Jerzego bezgranicznie kochał dzieci i żonę. To do niego się szło, gdy spotkała kogoś jakaś krzywda. Można było na nim polegać. Zawsze też miał przy sobie cukierki miętowe, którymi częstował dzieci. W rodzinie panuje przekonanie, że to właśnie po ojcu ks. Popiełuszko odziedziczył wielką miłość do ludzi i pracowitość. Władysław Popiełuszko powtarzał synowi: „Jeśli podejmiesz się jakiegoś zadania, wykonuj je najlepiej, jak umiesz”. Matka zaś tłumaczyła: „Jeśli zobaczysz na drodze gruszkę, to jej nie podnoś, bo to nie twoja”. Po latach precyzowała: „Ks. Jerzy wiedział, że u nas w domu nigdy kłamstwa nie było”.

Rodzice od najmłodszych lat uczyli go pacierza. Cała rodzina modliła się codziennie razem przy małym ołtarzyku z figurką Maryi. Matka każdy dzień rozpoczynała od słów: „Skoro tylko wstaję z rana, natychmiast wołam do Pana: Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony!...”. Potem śpiewała godzinki i „Kiedy ranne wstają zorze...”. Krzątała się w tym czasie po kuchni, przygotowując śniadanie. Ks. Jerzy na pamięć znał wszystkie jej powiedzonka, wiersze i pieśni, które pamiętała jeszcze ze swego dzieciństwa, na przykład: „Kochaj sercem i czynami, będziesz w niebie z aniołami...”. W każdą środę - razem z rodzeństwem - młody Jerzy głośno wypowiadał wezwania do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątki - do Serca Pana Jezusa, w soboty - do Matki Bożej Częstochowskiej. W ten sposób zdobywał w domu pierwszą formację. W zeznaniach procesowych o religijności syna jako małego chłopca tak mówiła Marianna Popiełuszko: „Już wtedy zauważyłam u niego objawy powołania do kapłaństwa. Stół w domu przebudowywał na ołtarz. Ustawiał na nim swoje obrazki, a nawet usiłował skonstruować kadzielnicę. Chętnie uczestniczył w naszych domowych modlitwach. Nie był do nich przymuszany”.

Rodzina Popiełuszków była związana ze swoją parafią, która znajdowała się w pobliskiej Suchowoli. To w niej, obok domu rodzinnego, kształtowała się religijność przyszłego księdza. W tym kościele uczestniczył we Mszy św. Nie tylko w każdą niedzielę, ale również w dni powszednie. - Tak było od pierwszej klasy podstawówki aż do ostatniej liceum. Codziennie wstawał o piątej, ubierał się, jadł śniadanie i przedzierał się polnymi i leśnymi drogami, by na siódmą zdążyć do kościoła. I nigdy nie narzekał, że jest zmęczony. W ogóle na nic nie narzekał. Takie to było dziecko - wspominała matka.

Ta gorliwość już wtedy zadziwiała rodzinę. Nie było to przecież typowe zachowanie małego chłopca. Patrzono na niego z podziwem, zastanawiano się, po kim odziedziczył taką twardą pobożność i wytrwałość. Nawet bowiem gdy była sroga zima i mróz albo jesienna słota i ulewny deszcz, on szedł do kościoła na poranną Mszę Świętą. Jako jedyne dziecko z całej wioski. A trzeba pamiętać, że drogę z Okopów do Suchowoli chłopiec przemierzał pieszo; szedł pięć kilometrów, tą samą drogą, którą obecnie mieszkańcy wioski dojeżdżają do kościoła samochodami. Widać zatem, jak wielką miał determinację i jak mocny charakter, co zresztą pozostało mu do dorosłości, a najmocniej objawiło się pod koniec życia.

Skąd czerpał wzór takiej pobożności? - Co widział w domu, to sam robił. Jakie ziarno zasiejesz, takie plony zbierasz - twierdziła lapidarnie Marianna Popiełuszko. I dodawała: - Najważniejsze - to dać dzieciom Boga.

„U NAS OJCZYZNA BYŁA TAK SAMO WAŻNA JAK WIARA”

Rodzice, najlepiej jak umieli, troszczyli się też o swoją miłość. Małżeństwo traktowali poważnie, jako sprawę na całe życie. - Kiedy złożyłam przysięgę, to wiedziałam, że już tak musi być. Że nawet jeśli będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa - podkreślała matka ks. Jerzego.

Po latach te same prawdy on przekazywał ludziom jako duszpasterz - do dziś wspominają to dawni studenci z duszpasterstwa akademickiego przy kościele św. Anny w Warszawie. W kazaniach, szczególnie do dzieci podczas posługi w pierwszych parafiach, ks. Jerzy wiele też mówił o miłości do babci i dziadka. Być może dlatego, że od najmłodszych lat jego osobowość formowali również dziadkowie. Przede wszystkim ci ze strony ojca, Teofila i Jan, z nimi bowiem mieszkał na stałe. Dziadek słynął z tego, że był najlepszym śpiewakiem we wsi. To od niego chłopiec uczył się pieśni religijnych. Śpiewał je nie tylko w kościele, ale również w domach sąsiadów, gdy - zgodnie z kresową tradycją - wieś przez trzy dni żegnała swoich zmarłych. Ks. Jerzy emocjonalnie był bardzo związany także z babką ze strony matki - Marianną Gniedziejko. Lubił jeździć do niej do pobliskiego Grodziska - także gdy był już księdzem.

Nieprzypadkowo też ks. Popiełuszko w dorosłym życiu stał się tak wrażliwy na tradycje patriotyczne. Od dziecka słyszał, że Alfons Gniedziejko, brat matki, działał w partyzantce, był porucznikiem Armii Krajowej. - Zaangażował się w akcję odbicia aresztowanego i okrutnie torturowanego kolegi, a później, w 1945 roku, zginął z rąk sowieckich. Miał 21 lat - opowiada ks. Kazimierz Gniedziejko, krewny Popiełuszków. - Ks. Jerzy dobrze znał tę opowieść, postawa stryja stanowiła dla niego wzór.

W domu Popiełuszków w Okopach często rozmawiano o narodowej przeszłości. Dobrą okazję stanowiły długie zimowe wieczory albo wspólne prace w polu latem. W ten sposób od najmłodszych lat ks. Jerzy dowiadywał się np. o agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku czy o dzielnych powstańcach warszawskich. To wszystko nie mogło pozostać bez wpływu na postawę przyszłego kapłana. Wyniósł z domu nie tylko szacunek dla ludzkiej pracy, dla prawdy i poszanowania ludzkiej godności, ale też głęboki patriotyzm pojmowany ewangelicznie. - U nas ojczyzna była tak samo ważna jak wiara - mówiła pani Marianna.

„MIAŁ WIEDZIEĆ, ŻE NIE TRZEBA WSZYSTKIEGO ROZUMIEĆ”

Rodzice ks. Jerzego dbali o to, by żyć zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy. Pracowali ciężko na roli, na siedemnastohektarowym gospodarstwie, włączając do pomocy dzieci. Uczyli w ten sposób znosić trudy - chociaż podobno ks. Jerzy miał najmniej siły ze wszystkich i był najbardziej wrażliwy, toteż niekiedy mógł zostać w domu. Ale we wszystkie inne wydarzenia w rodzinie był już włączany. Nawet w te najtrudniejsze - Popiełuszkowie bowiem nie trzymali dzieci pod kloszem, nie ukrywali trudów, które niosło życie i które sami musieli przeżywać. Dlatego ks. Jerzy jako dziecko stał przy otwartej trumnie swej dwuletniej siostrzyczki (zachowało się zdjęcie). - Miał wiedzieć, że i życie, i śmierć to dary Boże, i że nie trzeba wszystkiego rozumieć - mówiła matka.

To miało go hartować. I zahartowało. Jako dorosły opowiadał przyjaciołom, że tak dramatyczne przeżycie z dzieciństwa nauczyło go potem bezgranicznej ufności Panu Bogu. Wciąż słyszał w domu, że „jak jest, tak jest dobrze”, że rodzice „niczego w życiu nie planują, bo nie wiedzą, co następny dzień przyniesie”, że „zawsze się cieszą: czy jest dobrze, czy źle - bo Pan Bóg przecież wie, co jest dla człowieka najlepsze”, „jak Pan Bóg zajmie miejsce rozpaczy, to człowiek da radę...”, aż w końcu te prawdy przyjął za własne. Przekładał je na swoje życie - po raz pierwszy tak bardzo konkretnie, gdy jako kleryk był prześladowany za wiarę w wojsku. Za odmawianie Różańca, o którym matka mówiła, że „to drabinka do nieba”, i za inne codzienne modlitwy, spotykały go surowe kary.

Czy mógł się ugiąć, gdy od dziecka codziennie modlił się w domu z całą rodziną, słysząc, że wiara to wartość najważniejsza w życiu, mając wiarę niejako w DNA?

„MUSISZ MU SŁUŻYĆ WIERNIE”

W tym kontekście nie dziwi też, że wytrwał do końca, gdy w ostatnich latach swego życia musiał znosić groźby, szykany czy inne trudy. Wyniesiona z domu mocna' wiara z pewnością mu pomagała.

Gdy był coraz bardziej prześladowany, coraz częściej powtarzał: „Jestem gotowy na wszystko”. Podobne słowa słyszał od matki, która nie uznawała kompromisów: „Kiedy ks. Jerzy w latach osiemdziesiątych przyjeżdżał do Okopów, widziałam, że przed domem cały czas stał samochód z funkcjonariuszami SB w środku. Obserwowali go wszędzie. Bałam się o niego, ale co było robić... Dałam go Kościołowi i nie mogłam zabrać go Kościołowi. Mówiłam mu: jeżeli Pan Bóg powołał cię na służbę, to musisz Mu służyć wiernie. I do końca”.

Taka była Marianna Popiełuszko - nic nie było w stanie odwieść jej od wiary. Ale też taki był ks. Jerzy. Nie przestał głosić kazań i odprawiać słynnych Mszy za Ojczyznę, które w ostatecznym rozrachunku stały się przyczyną jego męczeńskiej śmierci. Nie wyraził też zgody na propozycję prymasa Józefa Glempa, który był gotów wysłać go do Rzymu i w ten sposób - jak przypuszczał - go ocalić. „Byłaby to dezercja. Muszę zostać z ludźmi, którzy mnie potrzebują, muszę wytrwać do końca” - powiedział wtedy ks. Popiełuszko.

Wytrwał do końca. Silna wiara rodziców i wartości wyniesione z domu rodzinnego z pewnością mu w tym pomogły. To dzięki matce i dzięki ojcu wiara w Boga stanowiła dla niego taki dar, za który nie zawahał się oddać życia. A gdy to życie już oddał, po męczeńskiej śmierci syna Marianna Popiełuszko powiedziała: „Skoro poszedł na księdza, to musiał wiedzieć, że może zostać męczennikiem. Bo oddanie życia za wiarę jest wpisane w powołanie kapłańskie”.

Źródło: M. Kindziuk, Rodzinne DNA księdza Jerzego, w: Gość Niedzielny nr 42/20.10.2024, s. 20-22.