Ks. Jan Sikorski mówi o błogosławionym Jerzym Popiełuszce.
Tomasz Gołąb: Czy po 40 latach od męczeńskiej śmierci ks. Jerzego można jeszcze powiedzieć o nim coś, czego nie wiemy?
Ks. Jan Sikorski: Patrzę na niego z pewną prostotą. Dla mnie ks. Jerzy był po prostu porządnym księdzem. Naukowe rozdrabnianie jego życia na małe elementy w jakiś sposób utrudnia jego zrozumienie. Choć oczywiście, trzeba znać kontekst jego posługi, czasów w których ją sprawował, okoliczności... Na przykład to, w jaki sposób oceniał go kard. Józef Glemp, który przecież musiał jakoś dbać o kontakt z władzami, by móc budować kościoła i w ogóle prowadzić duszpasterstwo. Nawet ja sam przez jakiś czas uważałem, że jego działalność utrudnia funkcjonowanie Kościoła. Uległem propagandzie, że więcej tam polityki niż modlitwy. Oczywiście, ogromne zaangażowanie księży - nie tylko religijne, ale i patriotyczne - wynikało z miłości do Polski. Każdy chciał, żeby dobrze się w niej działo, ale funkcjonowaliśmy w określonych, narzuconych warunkach.
Co zmieniło spojrzenie na księdza Jerzego i Msze za Ojczyznę?
Wiele osób zachęcało mnie, żebym pojechał na Żoliborz. Rzeczywiście, wybrałem się tam w sierpniu. Zamiast polityki zobaczyłem, że panowały ogromne skupienie i modlitewna atmosfera. Wierni reagowali żywo na każde usłyszane słowo, zobaczyłem, jak bardzo potrzebują tych dwóch godzin doświadczenia wolnej Polski w sercu Warszawy. Dziwiłem się, że ks. Jerzy pisał swoje homilie, ale z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że to było opatrznościowe. Nie dowierzałem też, że ktokolwiek chce go śledzić. Nawet tu się pomyliłem. Wydawał mi się zwyczajnym księdzem, choć powiedziałem mu kiedyś, że jest takim "małym papieżem", a w przyszłości plac przed kościołem na Żoliborzu będzie nosił jego imię. Nie pomyliłem się wiele, bo przecież jego imię nosi dawna ulica Stołeczna.
Ksiądz Jerzy zabiegał o popularność?
Nic z tych rzeczy... Żadnych takich ciągot w nim nie widziałem. Nie było w nim nic z bohatera! Dla nas był po prostu "Popiełuchem". Tak o nim, po przyjacielsku, mówiliśmy.
W pewien sposób został Ksiądz kontynuatorem jego dzieła, bo prymas Polski po śmierci ks. Jerzego poprosił o prowadzenie Mszy św. za Ojczyznę.
Odprawiałem już wcześniej podobne Msze św. dla internowanych, bo kiedy byłem ojcem duchownym kleryków, bp Władysław Miziołek poprosił mnie o opiekę nad przebywającymi na Białołęce opozycjonistami. Odprawiałem dla nich Msze św. na korytarzu więzienia, spowiadałem... Gdy wyszli na wolność, spotykaliśmy się na Eucharystii w kaplicy seminaryjnej przy Krakowskim Przedmieściu.
Msze Święte na Żoliborzu, zwłaszcza po śmierci ks. Jerzego, były wyzwaniem?
Nie, były kontynuowane w tym samym stylu. Oczywiście, zabrakło osoby ks.
Jerzego i jego charyzmatu, ale wierni i otoczenie byli gotowi. Wszystko działo
się spontanicznie, odpowiadało na zapotrzebowanie chwili. Potem to samo robiłem
na Kole, gdy zostałem proboszczem parafii św. Józefa.
Przyjaciel ks. Jerzego powiedział kiedyś, że były dwa etapy jego życia - przed i po kontakcie z hutnikami i Solidarnością. To były dwie rożne osoby. On był przeciętnym kapłanem, który okazał się nieprzeciętny, gdy wymagała tego sytuacja. To chyba jest zalążek świętości - potencjał, który drzemie w każdym kapłanie, w każdym ochrzczonym.
Czy Ksiądz wzywa orędownictwa ks. Jerzego?
Codziennie się modlę! Zawsze zazdrościłem mojemu ojcu, który mówił, że był
w obozie w Oświęcimiu w czasie, gdy na męczeńską śmierć zgłosił się św.
Maksymilian Kolbe. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Teraz sam mam szczęście, że
modlę się za przyczyną kogoś, kogo znałem osobiście. To pokazuje, że świętość
jest możliwa dla każdego z nas.