Wywiad 4 - „Jestem z tymi ludźmi w każdej sytuacji"

4. „Jestem z tymi ludźmi w każdej sytuacji"

- Księże, przede wszystkim chciałbym zapytać o pracę w tej parafii?

Zasadniczo moja praca jest związana ze środowiskiem medycznym, jednak od sierpnia '80roku muszę swój czas dzielić na pracę wśród służby zdrowia i w środowisku robotniczym.
Praca w środowisku robotniczym zaczęła się od pamiętnego ostatniego sierpnia 1980 r., kiedy grupa robotników z jednego z największych zakładów Warszawy - Huty Warszawa - poprosiła zmarłego już Prymasa Polski Stefana kard. Wyszyńskiego, by wysłał do nich księdza, by mógł odprawić Mszę św. dla strajkujących robotników. Ksiądz Prymas poprosił o to mnie. Udałem się tam, odprawiłem Mszę św. dla robotników. Spowiadałem. Ten obraz Mszy św. dla robotników Huty Warszawa pozostanie do końca życia w mojej pamięci.
Zrodziła się myśl, żeby raz w miesiącu modlić się w sposób szczególny za ludzi pokrzywdzonych, za ludzi więzionych, za ich rodziny, i tak spontanicznie w styczniu 1982 roku przy pomocy aktorów zorganizowaliśmy Mszę św. za
Ojczyznę. Ta Msza św. poprzez swoją specyfikę intencji, przez to, że ogarniała wszystkich najbardziej pokrzywdzonych, cierpiących, odbijała się szerokim echem nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce.

- Czy może Ksiądz powiedzieć do jakiego stopnia obowiązkiem Księdza jest wspieranie uciśnionych, prześladowanych, tych, którzy są przeciwko reżimowi?

Praca księdza jest przedłużeniem pracy Jezusa Chrystusa. Ksiądz jest wzięty sposród ludzi i ustanowiony dla ludzi, by im służyć. Stąd też obowiązkiem księdza jest być zawsze tam, gdzie są ludzie najbardziej potrzebujący, krzywdzeni, ludzie poniewierani w swojej ludzkiej godności. Takich ludzi w naszej Ojczyznie jest wiele. Bo zawsze jest cierpienie, jest ból, jest wiele zła, gdzie nie są szanowane podstawowe ludzkie prawa, gdzie nie ma wolności, gdzie nie ma swobody pełnej wypowiadania swoich myśli, wypowiadania swoich przekonań. Jest wiele cierpienia i zła tam, gdzie ludzie za swe przekonania są więzieni. Takich ludzi w naszej Ojczyźnie jest wiele szczególnie od grudniowej nocy 1981 roku. W czasie, kiedy były strajki, czy to na Akademii Medycznej, czy w Szkole Oficerskiej Pożarnictwa, w tych chwilach pełnych grozy obecność księdza była bardzo ważna.
Moralne wsparcie dla prześladowanych, tych którzy są bez pracy, uwięzieni...?
Przede wszystkim pomoc duchowa księdza jest najistotniejsza, najważniejsza. Co mogę dać? Przede wszystkim swój czas, swoją modlitwę. Po prostu jestem z tymi ludzmi w każdej sytuacji. Ludzie przychodzą. Wiedzą, że dom jest dla nich otwarty od rana do wieczora. Każdego dnia przychodzi wiele ludzi, którzy niekoniecznie chcą pomocy materialnej. Chcą coś powiedzieć, wypłakać swój ból, podzielić się swoimi troskami. I to, że ich rozumiem, i że czasami, słuchając ich trosk, mam łzy w oczach, wczuwając się w ich sytuację i ich kłopoty, to im daje niejednokrotnie więcej niż pomoc materialna. Ale i pomoc materialna też jest bardzo ważna, bo są sytuacje w rodzinach, gdzie ktoś jest wyrzucony z pracy, gdzie jest kilkoro dzieci, ktoś jest chory w tej rodzinie. Gdyby nie pomoc ludzi życzliwych, byłoby trudno rodzinę utrzymać. Dlatego też staram się przede wszystkim uczulać ludzi, którym lepiej się powodzi, na potrzeby innych. Żeby pewne zakłady pracy brały pod opiekę rodziny najbardziej potrzebujące. Również w miarę swoich możliwości i życzliwości ludzi dysponuję pewnymi środkami materialnymi, które staram się przekazywać ludziom, którzy tego potrzebują. Oczywiście wielką rolę tutaj odgrywa pomoc ludzi dobrej woli, którzy przesyłają nam z zagranicy swoje dary. Tu chciałbym podziękować przy tej okazji organizacji MEDICAL AID FOR POLANO, która przesyła lekarstwa do Polski, przede wszystkim do naszego kościoła Świętego Stanisława Kostki, gdzie są rozdzielane do szpitali. Również Stowarzyszenie Polek na emigracji z Anglii od czasu do czasu przesyła mi paczki, które mogę dzielić wśród najbardziej potrzebujących.

- Czy może Ksiądz opowiedzieć o Mszach, które Ksiądz odprawia i dlaczego Ksiądz je odprawia?

Msza św. za Ojczyznę była odprawiana w naszym kościele jeszcze za czasów Solidarności. Nabrała bardziej uroczystej formy podczas poświęcenia sztandaru „Solidarności" Huty Warszawa. Zgromadziła wtedy większą ilość robotników. Robotnicy Huty Warszawa zwrócili się z prośbą do biskupa, żeby wyznaczył im jakiś kościół, który mogliby uważać za swój kościół. Ponieważ ja przy tej parafii mieszkam i pracuję, biskup zaproponował, żeby tym kościołem stał się kościół Świętego Stanisława Kostki. Ksiądz proboszcz, który jest człowiekiem o wielkim sercu i o wspaniałej postawie patriotycznej, o czym świadczy napis na ścianie kościoła „Bóg i Ojczyzna" i te tablice, które upamiętniają tyle bohaterskiej postawy w czasie chociażby ostatniej wojny światowej. Ksiądz proboszcz bardzo chętnie przyjął tę propozycję.
Msza święta za Ojczyznę w ostatnią niedzielę miesiąca nabrała szczególnego znaczenia, szczególnej wymowy w stanie wojennym. Jak już wspomniałem wcześniej, myśl by na tej Mszy św. w sposób szczególny modlić się za prześladowanych, za więzionych, za ich rodziny, powstała na sali sądowej, kiedy był proces hutników warszawskich. Na ten proces przychodzili ludzie z różnych środowisk: aktorzy, profesorowie, ludzie znani i cenieni.
Z miesiąca na miesiąc frekwencja na Mszy św. za Ojczyznę wzrasta. W tej chwili przychodzą tysiące ludzi. Przyjeżdżają ludzie z różnych miast i to co wynoszą z tego, to przede wszystkim ta świadomość, że czują w tej wielkiej wspólnocie jakieś jedno dążenie, umacniają swoją nadzieję. Wiedzą, że w tych troskach, kłopotach nie są osamotnieni, że podobnie jak oni, myślą tysiące, tysiące Polaków. Tu ludzie wylewają swój żal, swój ból w modlitwie w spontanicznym śpiewie i w milczeniu, które również jest jakąś wielką modlitwą - solidarne milczenie i zdyscyplinowanie ludzi.
I to jest zasadniczy cel, by te cierpienia, których ludzie doznają każdego dnia w pracy, w więzieniach, na ulicy, by to nie było zmarnowane. To jest rola księdza, by te cierpienia Narodu poprzez ofiarę Mszy św. skierować w stronę Boga, by Bóg mógł je zmieniać na łaski potrzebne do umocnienia nadziei dla ludzi, do trwania w dobrych postanowieniach do rozszerzenia braterstwa i solidarności między ludźmi.

- Do jakiego stopnia rolą księży jest mówić o niesprawiedliwości spowodowanej przez reżim, działania rządu?

W historii chrześcijaństwa mamy bardzo wiele przykładów, do jakich granic trzeba bronić prawdy - po prostu do końca.
Jezus Chrystus za głoszenie swojej Bożej prawdy oddał swe życie. Podobnie apostołowie. A przecież rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeżeli trzeba nawet za prawdę oddać życie. Takich przykładów w chrześcijaństwie mamy wiele i z tych przykładów powinniśmy dla siebie wyciągnąć wnioski.

ks. Jerzy Popiełuszko

[Tekst wywiadu został spisany z wideo kasety przechowywanej w Archiwum Postulacji ks. Jerzego Popiełuszki przy kościele św. Stanisława Kostki.]

Źródło: G. Bartoszewski OFMCap., Zapiski. Listy i wywiady ks. Jerzego Popiełuszki 1967-1984, Warszawa 2009.

Wywiad 3 - „Jestem gotowy na wszystko"

3. „Jestem gotowy na wszystko"

Sytuacja Kościoła będzie zawsze taka sama, jaka będzie sytuacja ludzi. Kościół to nie tylko hierarchia kościelna, ale to cały Lud Boży, to milionowe rzesze ludzi, którzy tworzą Kościół w bardzo szerokim pojęciu i kiedy ludzie cierpią, kiedy ludzie są prześladowani, to i Kościół również odczuwa to na co dzień.
Misja Kościoła to bycie z ludźmi na co dzień, uczestniczenie w ich radościach, w ich bólach, cierpieniach. Oczywiście, że ks. Prymas, czy biskupi mają na uwadze troskę wszystkich ludzi i dlatego konieczna jest czasami na wysokim szczeblu dyplomacja, by uwolnić ludzi od poniewierki tam, gdzie można to zrobić. Może to czasami budzić niezrozumienie, sprzeciw ze strony ludzi, którzy chcieliby, aby Kościół bardzo zdecydowanie stanął przeciwko władzy. Jednak nie jest to zadanie Kościoła.
Kościół upominał się wielokrotnie i upomina o poszanowanie godności ludzkiej, która przecież nie jest szanowana, o uwolnienie uwięzionych. Przez Kościół i istniejący przy nim Komitet Pomocy Uwięzionym pomoc trwała dla tych najbardziej prześladowanych. To chyba wszystko daje jak najszersze świadectwo Kościołowi, który swoje zadania i swoje posłannictwo w czasie stanu wojennego spełnił.

- Czy zawieszenie stanu wojennego coś zmieniło w sytuacji społeczeństwa?

Na ten temat kilkakrotnie, jednoznacznie wypowiadałem się z ambony - choćby w końcu lipca, opierając się na oficjalnych wypowiedziach Kościoła, stwierdziłem, że znosząc stan wojenny, o co tyle razy upominali się biskupi, nie wykorzystano jeszcze jednej możliwości pojednania z narodem. Traktowano amnestię jako jednostronny, korzystny wybieg. A tymczasem naród miał prawo oczekiwać, że amnestia puści w niepamięć wszystkie wykroczenia stanu wojennego i krzywdy, zwłaszcza krzywdy moralne, zostaną naprawione. Jednak do tej pory nasi demokratycznie wybrani bracia, za którymi stoją miliony rodaków, siedzą w więzieniach. Zresztą ci, którzy z amnestii korzystają, muszą się czuć czasami jak zakładnicy, bo przecież to amnestia warunkowa.
Muszą podpisywać deklaracje niezgodne z ich sumieniem. Przecież Ojciec Święty wypowiadał się na temat wolności sumienia. Sumienie jest taką świętością, że nawet sam Bóg sumienia ludzkiego nie ogranicza, i dlatego ograniczenie sumienia poprzez takie wymuszanie deklaracji jest wykroczeniem przeciwko prawu Bożemu. Zniesienie stanu wojennego, które jest obwarowane tyloma nowymi przepisami, musi powodować u przeciętnego Polaka wrażenie, że kajdany częściowo zdjęte z rąk - zacieśniają się teraz mocniej na duszach i sumieniach.
Powstało tyle nowych przepisów, które jeszcze bardziej ograniczają wolność człowieka. I dlatego pozostaje jakiś żal; była jeszcze jedna szansa na podanie sobie rąk i próba wyjścia z trudnej sytuacji. Tej szansy niestety nie wykorzystano.

- Jak można sobie wyobrazić przyszłość?

Powiedziałem to na początku. Przyszłość Kościoła będzie taka, jaka będzie przyszłość społeczeństwa, ludzi. Zadania Kościoła to być z tymi ludźmi w ich doli i niedoli i myślę, że tego zadania i posłannictwa Kościół nigdy się nie wyrzeknie. Natomiast ważne jest dla przyszłości i to, o co apelował wielokrotnie ks. Prymas: by ludzie podnosili swą świadomość narodową, religijną, społeczną. Potrzebne są kursy szkoleniowe dla ludzi, wykłady z etyki zawodowej, coś na wzór uniwersytetów robotniczych z czasów międzywojennych. To jest podstawowa sprawa i Kościół powinien w niej uczestniczyć, krótko mówiąc, chodzi o to, by - kiedy nastąpi jakiś podobny zryw ludzi, zryw wolnościowy - nie tracić czasu na sprawy nieistotne. Rzecz w tym, by ludzie zdawali sobie sprawę z tego, co w aktualnej sytuacji jest istotne, od czego można odstąpić, a z czego na razie nie można zrezygnować.

- Jaki jest nastrój społeczeństwa?

Bardzo trudno określić nastrój. Na pewno nie jest przeciwko silnej opozycji, w której znajduje się większość ludzi. Zawsze tak było, że istnieli liderzy, którzy poświęcali się dla sprawy i drogo płacili za to poświęcenie, a w odpowiednim momencie to miliony, które zdawałoby się nie są po niczyjej stronie, popierały to, co słuszne. 29, a właściwie 30 sierpnia 1980 r. w niedzielę, śp. ks. Prymas kardynał Wyszyński przysłał swojego kapelana, który poprosił mnie, by pojechać do Huty Warszawa, gdzie trwał strajk wspierający strajkujących stoczniowców. Odprawiłem w hucie Mszę św., przeżywałem niepokoje razem z hutnikami. Spowiadałem ludzi, którzy zmęczeni do granic wytrzymałości klęczeli na bruku. Ci ludzie zrozumieli, że są silni, są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem. I wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z nimi. I wszędzie, gdzie zaczynam coś robić, staram się, albo nie robić tego wcale, albo traktować to bardzo poważnie i wkładać serce w to, co robię. Pozostałem tymi ludzmi. Byłem z nimi w czasie tryumfu i za to są mi bardzo wdzięczni. Byłem z nimi w grudniową czarną noc. Kiedy były rozprawy sądowe, chodziłem z ich rodzinami do sądu. Siedziałem w pierwszych ławkach i oni wiedzieli, że ich rodziny są objęte opieką. Pisali mi w listach, że wiedzą o moich modlitwach za nich i że te modlitwy bardzo ich podtrzymują. Od tamtej pory wielu przewinęło się przez ten dom, przez Kościół. Takim istotnym punktem stała się comiesięczna Msza św. w intencji Ojczyzny i tych którzy dla Ojczyzny cierpią. Te Msze stały się tak bardzo popularne. W kazaniach mówię o tym, o czym ludzie myślą i co mówią mi - często bardzo osobiście, bo często nie mają odwagi czy możliwości, by wypowiedzieć się głośno. To mówienie prawdy w kościele powoduje, że ludzie nabierają do mnie zaufania. Wypowiadam to, co czują i myślą. O tym, jak to jest niezbędne, świadczy wiele nawróceń. Ludzie po wielu latach, często po kilkudziesięciu nabierają odwagi, by przyjść do mnie i prosić o pojednanie z Bogiem, o spowiedź, o komunię świętą.-Jest to przeżycie i dla mnie, jako księdza i dla tych ludzi również. Nie odważyli się pójść do kogo innego. Bardzo często proces na postawy nawracania się i powrotu do Boga, do Kościoła, czy w ogóle odnalezienie Boga zaczyna się od przyjęcia postawy patriotycznej. Przecież Bóg może wybrać różne drogi do nawrócenia. Dostaję masę listów, w których ludzie piszą, że comiesięczne spotkania na Mszy św. za Ojczyznę pomagają im uwalniać się od nienawiści, jaka mimo woli w ludziach narasta. To jest wielka nagroda dla księdza, który nie ma własnego życia.

Władze, tępiąc mnie, wielokrotnie próbowały wywierać nacisk na Kurię, na biskupa. Pisano listy, gdzie stawiano przeciw mnie zarzuty, często zmyślone. Pamiętam, w maju przysłano list podpisany przez jednego generała milicji, że 13 maja odprawiałem Mszę św. w kościele św. Krzyża i używałem sformułowań nielicujących z godnością świątyni. Tymczasem ja 13 maja siedziałem wieczorem w swoim kościele, w konfesjonale, a w kościele św. Krzyża nigdy w swoim życiu nie odprawiałem. Ale dlaczego by, jeśli biskup jeszcze nie wie, nie obciążyć jeszcze więcej barków księdza, by go oskarżyć.
O tym, jak to jest niezbędne, świadczy wiele nawróceń. Ludzie po wielu latach, czasem po kilkudziesięciu, nabierają odwagi, by przyjść do mnie i prosić o pojednanie z Bogiem, o spowiedź i komunię świętą. Ostatnio prokuratura umieściła w swojej prasie wewnętrznej informację, że wszczęła śledztwo przeciwko mnie za nadużywanie wolności sumienia i wyznania. Jak można nadużywać wolność sumienia? Wolność sumienia można ograniczyć, ale nigdy nie można jej nadużywać. To jest niemożliwe i dlatego bzdurne są te oskarżenia, ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że za prawdę trzeba cierpieć. Jeżeli ludzie, którzy mają rodziny, dzieci i obciążeni są wielką odpowiedzialnością, byli w więzieniach, cierpią - dlaczego ja, ksiądz nie mam z ich cierpieniem połączyć swojego cierpienia? Za to próbują mi dokuczać; były takie próby, bardzo prymitywne, pewnie będą się powtarzać. Na przykład, z 13 na 14 grudnia o godzinie drugiej w nocy, kiedy już padałem ze zmęczenia, dzwonek do drzwi. Nie wstałem. Za chwilę wybuch. Do mieszkania wpadła cegła z materiałem wybuchowym, i wywaliła dwa okna, to była zima. Dwukrotnie były pozorowane włamania. Ciągła inwigilacja. W drodze do Gdańska zatrzymano mnie i 8 godzin trzymano na komendzie pod Warszawą. Kierowcę zatrzymano na 50 godzin. To wszystko są tak bardzo prymitywne próby dokuczania, ale są sprawy większe i jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne. I dlatego jestem gotowy na wszystko.

[Dotknięcie Boga - myśli, modlitwy i wywiady, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2000, ks. Jan Sochoń, ss. 92-97]

Źródło: G. Bartoszewski OFMCap., Zapiski. Listy i wywiady ks. Jerzego Popiełuszki 1967-1984, Warszawa 2009.

Wywiad 2 - „Osiadłem" wśród robotników

2. „Osiadłem" wśród robotników

(Z księdzem Jerzym Popiełuszką rozmawiał ks. Antoni Poniński)

Kapelan robotników

Opustoszał już maleńki pokoik ks. Jerzego. Odeszli ostatni goście. Za kilka godzin znowu przekroczą bramy swoich fabryk. Od dawna już szykowałem się do tej rozmowy z ich księdzem. „Kapelan robotników" - tak go w tym mieście nazywają. Niewielkiego wzrostu, wręcz wątłego wyglądu, o chłopięcej niemal twarzy, po której trudno się domyśleć trawiącej go od lat choroby - robi raczej wrażenie świeżo „upieczonego" kleryka, a nie człowieka, który w ostatnich latach większość swego czasu spędził wśród ludzi ciężkiej, fizycznej pracy.

- Obserwując cię wśród robotników, można odnieść wrażenie sam spośród nich wyszedłeś?

Właściwie to w ogóle nie znałem tego środowiska. Oczywiście, jako ksiądz w swojej pracy duszpasterskiej spotykałem się ze wszystkimi grupami zawodowymi. Ale tak naprawdę to „osiadłem" wśród robotników od sierpnia 1980 roku. A zaczęło się od tego, że przed ostatnią niedzielą sierpnia delegacja robotników z największego w mieście zakładu zgłosiła się do mojego biskupa z prośbą, aby skierował jakiegoś księdza dla odprawienia Mszy św. na terenie fabryki. Wybór padł na mnie. Tego dnia i tej Mszy świętej nie zapomnę do końca życia. Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak mnie przyjmą? Czy będzie gdzie odprawiać? Kto będzie czytał teksty, śpiewał? Takie, dziś może naiwnie brzmiące pytania nurtowały mnie w drodze do fabryki, l wtedy, przy bramie przeżyłem pierwsze wielkie zdumienie. Gęsty szpaler ludzi - uśmiechniętych i spłakanych jednocześnie, i oklaski. Myślałem, że Ktoś Ważny idzie za mną. Ale to były oklaski na powitanie pierwszego w historii tego zakładu księdza przekraczającego jego bramę. Tak sobie wtedy pomyślałem - oklaski dla Kościoła, który przez trzydzieści parę lat wytrwale pukał do fabrycznych bram. Niepotrzebne były moje obawy - wszystko było przygotowane: i ołtarz na środku placu fabrycznego, i krzyż, który potem został wkopany przy wejściu, przetrwał ciężkie dni i stoi do dzisiaj otoczony ciągle świeżymi kwiatami, i nawet prowizoryczny konfesjonał. Znaleźli się też lektorzy. Trzeba było słyszeć te męskie głosy, które niejednokrotnie przemawiały niewyszukanymi słówkami, a teraz z namaszczeniem czytały święte teksty. A potem z tysięcy ust wyrwało się jak grzmot: „Bogu niech będą dzięki!". Okazało się, że potrafią też i śpiewać, o wiele lepiej niż w świątyniach. Przedtem była jeszcze spowiedź. Siedziałem na krześle, plecami niemal opierając się o jakieś żelastwa, a te twarde chłopy w usmarowanych kombinezonach klękali na asfalcie zrudziałym od smarów i rdzy.

- Przyznasz jednak, że te i podobne wydarzenia były czymś odświętnym, niecodziennym. A przecież była i codzienność. Właśnie o tę codzienność mi chodzi.

Dla kogoś patrzącego z zewnątrz mogło to wyglądać na odświętność. A tak naprawdę to było bardzo zwyczajne. Stawało się codziennością. Powiem dokładniej, stawało się niezbędne. Przecież to w końcu jest coś normalnego, że człowiek „odkrywa", widzi Boga także poza świątynią, tam gdzie mieszka, gdzie pracuje, gdzie wypoczywa. O taką świadomość wierzących Kościół zawsze zabiegał. Tyle lat uczyliśmy: módl się w pracy i pracą, niech Chrystus będzie przy twoim warsztacie pracy. A to, o co prosił Papież: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi"? Wszystkie drzwi państw, systemów ale i urzędów, i fabryk. I to się stało. Przecież to oni, robotnicy prosili nas o Msze św. w swoich miejscach pracy. Z początku wiązało się to może z poczuciem jakiegoś zagrożenia, szukaniem oparcia w trudnych chwilach strajków.
Ale z biegiem czasu nabrało innego wymiaru: żeby Chrystus, Kościół współtworzył z nimi codzienność pracy, wysiłku, służby dla innych. I to doskonałe wyczucie, kiedy Chrystus, modlitwa są szczególnie potrzebne. Pamiętam ich reakcję na wiadomość o zamachu na Ojca Świętego. To była ich inicjatywa, żeby w zakładzie odbyła się Msza św. w intencji Papieża. Nad ołtarzem zawiesili płótno z napisem: „Ojcze Święty, modlimy się za Ciebie". Chcieli w tym dniu dać od siebie wszystko, na co ich było stać. To było tym wszystkim. Wielu z nich właśnie w tym dniu po raz pierwszy od lat przystąpiło tam do spowiedzi...

- Ale czy przenosili wartości chrześcijańskie do codziennej pracy i postępowania?

Może zabrzmi to stereotypowo, ale tym, co mnie najbardziej uderzyło, to było niemal z dnia na dzień odkrywanie i wzrastanie w poczuciu ludzkiej godności swojej i innych. Nie, że są ważni. Nie, że są przodującą klasą, ale że każdy człowiek jest godny szacunku. Tego domagali się nie tylko dla siebie. Jakże to ich zmieniło. A druga sprawa - jakieś poważniejsze traktowanie swojego życia. Mówili nieraz - chodziłem do kościoła, ale nie zawsze rozumiałem, że to zobowiązuje. Zaczęli, po latach, przystępować do sakramentów, i to tacy, których dotychczasowe zapatrywania były zupełnie odmienne od religijnych. Nie, wcale nie dla przypodobania się załodze. Nikt od nich tego nie wymagał. Dochodzili do tego powoli, niektórzy dopiero w stanie wojennym, w czasie internowania, po procesach. Kiedy zobaczyli, że Kościół jest z nimi szczególnie wtedy, gdy zostali sami. Gdy zobaczyli, że Kościół w imię wiary pomaga im, niewierzącym, tak samo jak „swoim". I wreszcie jeszcze jedno, co dawało się zauważyć: inne traktowanie własności społecznej - dbałość o zakład, o sprzęt, o uczciwszą pracę. Pewnie, że nie wszyscy. Takie zmiany nie dokonują się od razu.

- Co dla siebie wyniosłeś z tej pracy?

Zobaczyłem, jak Ewangelia zmienia człowieka. Kiedy zwykle jako księża spotykamy się z ludźmi stale wierzącymi, najczęściej w świątyniach, może mniej to dostrzegamy. A tam byłem i jestem świadkiem „przebudzenia" tych ludzi. Nigdy przedtem nie słuchałem takich spowiedzi. Nigdy przedtem nie ochrzciłem tylu dorosłych ludzi. Czy wiesz, co to za wspaniałe odczucie, kiedy chrzci się trzydziestoletniego człowieka, który nigdy przedtem nie słyszał o Bogu? Nie ma teraz tygodnia bez takiego chrztu. Tak, czasami czuję zmęczenie. Brakuje mi czasu dla wszystkich.
Najmniej mam go dla siebie. Ale nie czuję znużenia. Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele, chociaż tylu różnych „doradców" podpowiada mi, że prawdziwy polski ksiądz nie powinien wychodzić poza kościelne ogrodzenie. Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł...

Rozmawiał ks. Antoni Poniński [Wywiad został opublikowany w: „Ład Boży", l maja 1983 r. (nr 9)]

Źródło: G. Bartoszewski OFMCap., Zapiski. Listy i wywiady ks. Jerzego Popiełuszki 1967-1984, Warszawa 2009.

Wywiad 1 - Służba bliska kapłaństwu

1. Służba bliska kapłaństwu

(Wywiad z ks. ]erzym Popiełuszką przeprowadził red. Jan Korcz)

Ostatnimi laty często narzekaliśmy na upadek etyki zawodowej wśród pracowników służby zdrowia. Posierpniowe wydarzenia i działalność „Solidarności" ujawniły złożoność problematyki tego środowiska i wielość przyczyn obniżenia się poziomu opieki zdrowotnej. Zapewne oprócz materialnych uwarunkowań i błędów organizacyjno-personalnych w dużej mierze zaważył tu niedostateczny kontakt służby zdrowia z nauką Kościoła.
Obecnie sytuacja zmienia się. Umożliwia się kapłanom powrót do szpitali, a siostrom zakonnym opiekę nad chorymi. Ale najważniejsze jest to, że zaczyna się doceniać znaczenie motywacji ideowo-religijnej w spełnianiu tej odpowiedzialnej służby człowiekowi, zwłaszcza cierpiącemu. W tym kontekście należy z uwagą i radością odnotować rozwijającą się działalność duszpasterską służby zdrowia.
Dzisiaj rozmawiamy z ks. JERZYM POPIEŁUSZKĄ, duszpasterzem środowisk medycznych w Warszawie.
Przychodząc na plebanię przy kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, spotykam grupę studentów wychodzących ze spotkania z ks. Jerzym. Dlatego też pierwsze moje pytanie brzmi:

- Od jak dawna prowadzi ksiądz spotkania ze studentami?

Z młodzieżą akademicką spotkałem się w kościele św. Anny w październiku 1979 roku, kiedy to ks. rektor Tadeusz Uszyński zlecił mi konwersatorium ze studentami medycyny (które było tam prowadzone od lat). Tutaj jestem od maja 1980 roku. Przedtem miałem do czynienia z dziećmi. Muszę przyznać się, że trochę się bałem spotkania ze studentami. Stwierdziłem jednak, że jest to młodzież naprawdę wspaniała. Zdaję sobie sprawę, iż bez nich niewiele mógłbym zdziałać. W tej chwili są oni już tak zaangażowani, że beze mnie też wiele zrobią. O czym najlepiej świadczy fakt, że kiedy byłem za granicą, to młodzież spotykała się beze mnie, nawet w czasie wakacji, stwierdzając: „bardzo nam siebie brakowało". To jest wielki plus - zżycie się, nawiązanie silnych więzi środowiskowych.
Mogę śmiało powiedzieć, że z tym ośrodkiem związali się oni poprzez moją obecność na ich strajku.

- Jakie doświadczenia wyniósł Ksiądz ze strajku studentów w Akademii Medycznej?

Młodzież walczyła o swoje prawa. Na Akademii byłem wówczas - na prośbę młodzieży - niemalże dniami i nocami. Odprawiałem codziennie Mszę św., spowiadałem. Można powiedzieć nawet, że zdarzały się autentyczne nawrócenia. Bywało, że student płakał w kącie i prosił, abym go przygotował do chrztu. Inny wyznał, że nie był u spowiedzi od czasu pierwszej komunii św. moim zdaniem największym sukcesem strajku w Akademii Medycznej były nie tylko postulaty, ich realizacja, ale również „zgranie się", integracja środowiska. Sprawdzenie siebie w trudnej sytuacji. Niemal namacalnie przekonali się, że jedni drugim są potrzebni. Nie było problemu z jakąkolwiek pracą społeczną, z pomocą. Każdy chciał być przydatny dla wspólnoty. To było bardzo cenne doświadczenie życiowe. Tym bardziej, że Akademia Medyczna nie miała najlepszej opinii, jeśli chodzi o atmosferę koleżeńską. Ludzie jak gdyby odkryli, że w trudnej sytuacji muszą i mogą na siebie liczyć. Tu były kontynuowane spotkania postrajkowe. Odprawiałem Mszę św. po to, by postulaty, które wówczas stawiano, zostały pomyślnie zrealizowane.
W naszym gronie wspólnie przeżywamy takie rodzinne uroczystości, jak na przykład ślub kogoś ze studentów, czy chrzest jego dziecka. Liturgia odbywa się wówczas w stylu „młodzieżowym". Śpiewamy specjalnie dobrane pieśni i piosenki religijne. Bardzo wszyscy to przeżywają. Do braterskiej atmosfery przyczyniły się także wspólne wyjazdy (w ubiegłym roku nie mieliśmy wyjazdu - z powodu trudności zaopatrzeniowych).

- Jakie to były wyjazdy, przez kogo finansowane?

Wyjazdy w góry - w przerwach międzysemestralnych - jako obóz formacyjno-wypoczynkowy. Finansowany częściowo przez Kościół, a częściowo przez samą młodzież. Wyjeżdżało nas ok. 30 osób. Odbywaliśmy jednodniowe „wypady" z bazy na górskie szlaki. Tam również panowała atmosfera wspólnoty. W programie była codzienna Msza św., wieczorem zaś prowadziliśmy rozmowy i dyskusje, które kończyliśmy wspólną modlitwą przygotowaną przez młodzież.

- Wracając zaś do spotkań z młodzieżą przy parafii – czy mają one jakiś konkretny program, czy też ich tematyka jest przypadkowa, wyznaczona przez aktualne wydarzenia?

Spotkania ze studentami medycyny odbywają się w każdą sobotę. W bieżącym roku akademickim obejmują następującą problematykę: Biblia, etyka lekarska i „przemilczana" historia Polski. W każdym miesiącu staramy się poruszyć jakiś temat związany z medycyną, ujmując go całościowo. Na przykład na temat samobójstwa w jedną sobotę mówił lekarz, a w drugą teolog. Podobnie o narkomanii - najpierw problem przedstawił współzałożyciel MONAR-u (Młodzieżowy Ośrodek Rehabilitacyjny dla Narkomanów w Głoskowie k. Garwolina), a potem ksiądz, który od dawna zajmuje się tym zagadnieniem. Nowi studenci, którzy tu przychodzą, są natychmiast „wchłaniani" przez grupę. Nie czują się, że są nowi. To właśnie sprawia wspaniała atmosfera grupy - rodzinna, przyjacielska.

- Przed godziną zakończył ksiądz w dolnym kościele nabożeństwo dla służby zdrowia...

Oprócz tych spotkań sobotnich na plebanii od roku odbywają się w Auli im. Jana Pawła II comiesięczne (w każdą drugą niedzie¬lę miesiąca) spotkania na modlitwie dla środowisk medycznych. A więc studenci, lekarze, pielęgniarki, salowe, wszyscy ci, którzy są w jakiś sposób związani z medycyną, z leczeniem, starsi i młodsi - spotykają się na modlitwie. Uważamy, że na wspólnym nabożeństwie winni się spotkać wszyscy razem z różnych grup i szczebli personelu medycznego. Tak jak trudno sobie wyobrazić szpital, gdzie są sami lekarze, albo same pielęgniarki, czy Akademię Medyczną złożoną z samych profesorów czy samych studentów, tak też w kościele na Mszy św. dla środowisk medycznych chcemy gromadzić przedstawicieli całej służby zdrowia. Nie ma tu zasadniczych różnic, wszyscy służą choremu - każdy w swoim zakresie. Okazuje się, że te spotkania cieszą się największym zainteresowaniem, najwyższą frekwencją. Zdarza się, że dopiero tu spotykają się po kilkunastu latach koledzy ze studiów.
Jest to wspaniała sprawa. Ludzie, którzy wspólnie pracują w szpitalu, na co dzień służąc choremu, teraz jeszcze dodatkowo łączą się więzią modlitewną, wspólną Mszą św. i Komunią św. Te spotkania przy ołtarzu na pewno ich zbliżają i wzmacniają motywację do ofiarnej pracy wśród chorych. Znika pomiędzy nimi dystans nieufności, wzrasta szacunek i zaufanie.

- Te spotkania niedzielne na Mszy św. z homilią kończą się krótkim programem słowno-muzycznym (...)

Młodzież przygotowuje nie tylko liturgię nabożeństwa: czytania mszalne, śpiewy, psalm responsoryjny, lecz także opracowuje - dostosowany do okresu liturgicznego - półgodzinny program słowno-muzyczny. Zazwyczaj jest on związany z danym miesiącem (np. w maju - Dzień Matki, w październiku - Różaniec, w listopadzie zaduma nad przemijaniem, w grudniu - Wigilia w polskiej rodzinie). Rozważania są dobrane pod kątem służby człowiekowi cierpiącemu, odpowiedzialności za chorych, traktowania pacjentów nie jako przypadków chorobowych, ale jako osoby ludzkiej, która się składa z duszy i ciała. O tym lekarz czy pielęgniarka nigdy nie mogą zapomnieć.
Warto może wspomnieć, iż z okazji inauguracji bieżącego roku akademickiego w tym kościele została odprawiona uroczysta Msza św. Jako goście byli m.in.: prof. Jan Nielubowicz - rektor Akademii Medycznej wraz z małżonką, która jest również lekarzem, prof. Antoni Chróścicki z żoną dr Emilią Paderewską, prof. Stefan Kruś - kierownik Katedry Anatomii Patologicznej, bardzo lubiany przez studentów, cieszący się opinią świetnego wychowawcy.
Mszę św. poprzedził śpiew młodzieżowych pieśni religijnych przy akompaniamencie gitary. W „modlitwę powszechna" włączyli się i profesorowie i młodzież - to było bardzo szczere i budujące. Modlił i się spontanicznie - za zmarłych profesorów, za Ojczyznę. Modlitwy niepisane padały z różnych miejsc kościoła. Wprowadziło to wszystkich w nastrój braterskiej wspólnoty. Na koniec Mszy św. krótko przemówił rektor Nielubowicz, przypominając słowa księdza Prymasa Wyszyńskiego, które skierował do niego na pięć dni przed śmiercią: „Polska ma wspaniałą młodzież. Musicie o nią bardzo dbać". Wracając pamięcią do wydarzeń sprzed lat, Rektor AM wspomniał słowa Księdza Prymasa wypowiedziane w kaplicy jasnogórskiej: „Wy, lekarze macie służyć ludziom na kolanach. Pochylać się nad nimi z miłością". Słowa Wielkiego Prymasa Polski były niejako życzeniem i zobowiązaniem dla profesorów i studentów medycyny, żeby traktować swój zawód jako powołanie.
Po Mszy św. młodzież wręczyła profesorowi kwiaty, dziękując za wspólne przeżycia duchowe. Odśpiewano „Pieśń Konfederatów Barskich". Spotkanie zakończyło się miłym akcentem, kiedy to studenci razem z profesorami, trzymając się za ręce, zaśpiewali znaną piosenkę maryjną: „Panience na dobranoc". Wychodząc, prof. Nielubowicz powiedział do mnie: „Proszę księdza, ja się rzadko wzruszam, ale dzisiaj autentycznie się wzruszyłem".

- Może trochę retoryczne pytanie - czy istnieje potrzeba specjal¬nego duszpasterstwa środowisk medycznych?

To co powiedziałem przedtem, to jest w pewnym sensie uprawnianiem przeze mnie „bezprawia". Kuria mianowała mnie duszpasterzem pielęgniarek, a właściwie średniego personelu medycznego (po odejściu ks. Stefana Batorego z powodu choroby). Funkcję tę objąłem w styczniu 1979 roku. Ze średnim personelem medycznym spotykam się w każdą pierwszą środę miesiąca, w kaplicy „Res Sacra Miser" (na Krakowskim Przedmieściu). Spotkania te były tam prowadzone od lat. Duszpasterzem zaś lekarzy jest ks. mgr Andrzej Grefkowicz.
Na pewno środowisko medyczne zasługuje na to, żeby poświęcić mu większą uwagę duszpasterską. Zawód pielęgniarki, lekarza jest właściwie powołaniem najbliższym kapłaństwu, poprzez czynienie miłosierdzia tym, którzy go najbardziej potrzebują, chorym, cierpiącym. Oni właśnie - jak to często podkreślał zmarły Ksiądz Prymas i nieustannie przypomina Ojciec Święty - są najwartościowszą cząstką Kościoła. Poprzez swoje cierpienia i krzyże stoją najbliżej Chrystusa. Papież podczas pobytu na Jasnej Górze i u Franciszkanów w Krakowie podkreślił, że na chorych, na ich modlitwy liczy najbardziej.
Ponadto uważam, że istnieje potrzeba wprowadzenia specjalnej katechizacji w szkołach pielęgniarskich. Myślę też, że za mało się mówi o zawodzie pielęgniarki i lekarza w szkole podstawowej. Kiedy młodzi ludzie wybierają ten kierunek zawodowy nie zawsze zdają sobie sprawę, że jest to praca bardzo trudna i odpowiedzialna, choć jednocześnie bardzo szlachetna i potrzebna. Tutaj trzeba mieć powołanie. Nie wolno kierować się wyrachowaniem, czy tylko sentymentem do śnieżnobiałego uniformu.
Poprzez uczestniczki spotkań w „Res Sacra Miser" nawiązaliśmy kontakt z Domem Wysłużonego Pracownika Służby Zdrowia (przy ul. Elekcyjnej 37). Prawdę mówiąc: ja nie zgadzam się z tym terminem „wysłużony", raczej powinno być „zasłużony". Ostatnio zostałem mianowany kapelanem tego Domu. Kiedyś pojechaliśmy z młodzieżą z programem „Wigilia w polskiej rodzinie". Zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie. Jeszcze kilka razy jeździliśmy z różnymi programami
słowno-muzycznymi. Raz w miesiącu odprawiam tam Mszę św. Pensjonariusze pytają mnie - kiedy przyjedzie młodzież? A z kolei studenci dopytują się, kiedy pojedziemy na Elekcyjną?

- Wielu ludzi błędnie uważa, że wezwanie księdza do chorego z posługą kapłańską trzeba odkładać jak najdłużej. Myślę, że personel medyczny ma tu do spełnienia ważną misję?

Lekarz i pielęgniarka a nawet salowa, pierwsi wiedzą, jaki jest stan chorego. Rodzina czasami wzywa księdza już po śmierci pacjenta, ciągle mając nadzieję, że chory wyjdzie ze szpitala, że jeszcze mu nic nie grozi. U wielu nawet praktykujących katolików panuje błędne przekonanie, że po przyjęciu sakramentu chorych (niesłusznie zwanego „ostatnim namaszczeniem") wkrótce następuje śmierć. Personel wierzący może podpowiedzieć rodzinie, iż dobrze byłoby wezwać księdza. Przecież sakrament chorych nie jest tylko „zaopatrzeniem" na śmierć, ale przynosi często ulgę w cierpieniu, a niekiedy powrót do zdrowia.
Trzeba poznać chorego i od jego strony duchowej, światopoglądowej, aby ułatwić mu posługę kapłańską. Często chory nie ma i odwagi, nie śmie zapytać pielęgniarki o księdza. Jest skrępowany: nowym otoczeniem. Nie wie, jak zareagują na jego prośbę, czy nie zostanie ośmieszony, złe zrozumiany itp. Kiedy nowo przybyłemu pacjentowi mówi się, gdzie co jest: tu jest kuchnia, a tu łazienka, tu pokój dyżurnego lekarza, trzeba też poinformować, w której sali, w jakich dniach i godzinach jest obecny ksiądz, kiedy odprawia się Msza św. i można przystąpić do spowiedzi.

- Zapewne dodatkową racją objęcia specjalną opieką duszpasterską środowisk medycznych jest fakt, że tu znajduje swój pełny wymiar problem obrony życia nienarodzonych?

Pielęgniarka czy lekarz najpierw dowiadują się, że jest nowe życie, rozwija się nowy człowiek. Wprawdzie obrona życia nie jest tylko sprawą ludzi wierzących, to jednak staramy się uczulić personel medyczny na odpowiedzialność za każde poczęte życie. W szpitalach istnieją oddziały ginekologiczne, gdzie pracują ludzie często gotowi bronić nienarodzonego dziecka, ale nie zawsze znają oni naukę Kościoła w tej dziedzinie. Zadaniem Kościoła jest nie tylko teoretyczne głoszenie świętości życia, prawa do życia nienarodzonych, lecz także praktyczna obrona tego prawa. Istnieje pilna potrzeba podejmowania konkretnych inicjatyw mających na celu udzielenie pomocy samotnym matkom, dziewczętom w ciąży, które wahają się, czy dziecko urodzić. Współpraca w tej dziedzinie ze średnim personelem medycznym może wiele dobrego uczynić dla tej sprawy.
Przy okazji chcę dodać, że młodzież była bardzo oburzona wypowiedzią pana Urbana, rzecznika prasowego rządu, w „Szpilkach". Jest ona ubliżająca nie tylko dla ludzi wierzących, ale dla każdej kobiety, dla każdej dziewczyny. Studenci napisali list do redakcji, jak również do samego autora. Ksiądz Prymas także prosił, żeby się do tego ustosunkować.

- Przeżywamy proces odnowy, także moralnej, narodu. Miejmy nadzieję, że obejmie ona całe społeczeństwo polskie, wszystkie Zawody i grupy społeczne, nie tylko „doły" ale i „górę".

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Rozmawiał: Jan Korcz

(W numerze 3. tygodnika „Za i Przeciw" z dnia H lutego 1982 r. autoryzowany tekst rozmowy z ks. Jerzym Popiełuszką został ocenzurowany. Niniejszy tekst publikujemy w całości łącznie z fragmentami wyrzuconymi przez cenzurę.)

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko głównym „bohaterem” Nocy Świętych

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko był głównym „bohaterem” Nocy Świętych, która po raz szósty odbyła się w Gnieźnie, w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych. Podobne spotkania zorganizowane zostały także w kilku innych parafiach archidiecezji gnieźnieńskiej.
Podobnie jak w roku ubiegłym gnieźnieńska Noc Świętych odbyła się 31 października wieczorem w kościele garnizonowym. Czuwanie rozpoczęło się tradycyjnie procesją z relikwiami świętych i błogosławionych, w której podążały także „żywe” ikony wyniesionych na ołtarze, czyli młodzi ludzie ubrani w stroje z epoki i z atrybutami poszczególnych świętych. Była także prezentacja multimedialna o bł. ks. Jerzym Popiełuszce oraz homilia wygłoszona przez ks. kan. Zenona Rubacha, który miał okazję poznać kapelana „Solidarności” (bgk).

Wiadomości KAI, nr 44(970), niedziela 7 listopada 2010 r.